Dodaj do ulubionych

My i nasze dzieci

26.06.14, 17:03
Zorientowalam sie ze w jakis sposob ten dylemat wakacyjny potencjalnie dotyka moja rodzine wiec zaczelam sie zastanawiam nad sprawa. I okazalo sie, ze pytania, ktore mi sie nasunely sa szersze niz kwestia podrozy poslubnej, stad nowy watek smile


Widze wokol dorosle dzieci zamoznych rodzicow i widze tez, moze nie frustracje, ale pewien resentyment zwiazany z tym, ze po przejsciu na swoje nie stac ich na styl zycia, do ktorego przywykly w domu rodzinnym. I co teraz z takim dzieckiem zrobic? Dosypywac mu do konca zycia, zeby sie nie frustrowal? Punktowo odstawic od piersi i albo utonie albo bedzie plywal? Jesli tak, to kiedy? Czy istnieje moze jednak jakis sposob, zeby mu to "przejscie" ulatwic?

Moi rodzice baaardzo nam pomagali i swojego wsparcia nie wycofali az do czasu, kiedy my uznalismy, ze tego wsparcia juz nie potrzebujemy. Jestesmy im ogromnie za to wdzieczni, ale mam wrazenie, ze opoznilo to nasza doroslosc i przyjecie pelnej odpowiedzialnosci za siebie i nasza rodzine. Z drugiej strony mam zarowno wsrod najblizszej rodziny jak i znajomych przyklady ludzi, ktorzy mimo 40-tki na karku wciaz sa tacy nieogarnieci, wciaz polegaja na pomocy finansowej rodzicow. Nie chce tego ani dla swoich dzieci ani dla nas.

Moj syn ma 22 lata i po raz pierwszy swoje azjatyckie wakacje z dziewczyna bedzie spedzal w sposob budzetowy z lonely planet w reku i plecakiem na plecach. Zwyczajnie jestem ciekawa czy beda potrafili sie cieszyc tym doswiadczeniem czy tez "skrzywdzilismy" ich poprzednimi wyprawami w ktorych uczestniczyli.

Duzo z Was ma mlodsze od moich dzieci ale moze sie nad tym zastanawiacie?

Malo jest rodzin, ktore dysponuja kapitalem na tyle duzym, zeby moc go przekazac dzieciom, ktore dzieki temu o nic sie nie beda musialy martwic. Zreszta czy to jest takie optymalne wyjscie?
Dla wiekszosci to praca i zarobki z niej decyduja o stylu zycia.
Co raz czesciej mowi sie o tym, ze pokoleniu naszych dzieci niekoniecznie bedzie sie zylo lepiej niz ich rodzicom, czyli nam.
Przyzwyczajamy nasze dzieci do duzego mieszkania/domu gdzie kazdy ma swoj pokoj, do zdrowego jedzenia, do atrakcyjnych wyjazdow na wakacje, czesto za granice, do posiadania gadzetow i markowych ubran, do niani i pani sprzatajacej. To dla naszych dzieci zupelnie naturalne, oczywiste, innego swiata nie znaja.
A moze sie okazac, ze swiat ich zarobkow tworzy zupelnie inna rzeczywistosc.
Jak zamierzacie to rozegrac?

f.
Obserwuj wątek
    • iwoniaw Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 17:17
      Ciekawe pytanie.
      Oczywiście zawsze jest kwestia, co to znaczy "odstawić punktowo" w tym kontekście - wydaje mi się (i raczej potwierdzają to obserwacje), że inaczej to wygląda w zależności od zamożności rodziców; tacy, którzy faktycznie mają pieniądze, nie wystawiają dziecka za próg raczej w jednej koszuli, bez wykształcenia, jakichkolwiek kontaktów etc. Dlatego takie dziecko, nawet jeśli opis jego startu brzmi podobnie do usamodzielniania się potomka biedaków z byłego PGR-u ("studiując podejmował pierwsze poważniejsze prace, pierwsze mieszkanie miał skromne i dzielił je z trzema kolegami, na wakacje jechał z plecakiem i spał w schroniskach"), to w rzeczywistości to są zupełnie różne światy, które mogą nawet nie mieć stycznej. Bo chociażby wspomniane kontakty umożliwiały podjęcie innej pracy niż człowiek "z ulicy" mógłby wyhaczyć, bo to mieszkanie było własne (kupione przez rodziców) i utrzymywało się je przez odnajmowanie części pokoi innym itd.
      Poza tym młody człowiek raczej chce się usamodzielnić (przynajmniej jak ja byłam młoda, to taki był trend niezależnie od środowiska) i fakt, że własnymi siłami się np. zarobiło na wyjazd wakacyjny, zupełnie przesłaniał to, że wyjazd był pod namiot, a pole kempingowe miało tylko zimną wodę w prysznicach - i raczej by się mało kto zamienił na 5-gwiazdkowe hotele z rodzicami.
      Resentyment to może później, w przypadku tych, którzy nie wykorzystali szans dawanych w dzieciństwie i młodości i po 30.-40. nie osiągnęli tego poziomu, który mieli w domu rodzinnym? Tak mi się zdaje.
    • po-trafie Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 17:27
      Czytam taki opis i mam wrazenie, ze to taki troche inny swiat. Owszem, moi rodzice maja duzy dom, pania do sprzatania, duzy ogrod, wczasy za granica, gadzety i markowe ubrania.
      W wiekszosci przeszli na taki styl zycia po tym, jak obydwie z siostra wyszlysmy z domu. Gdy mieszkalysmy z rodzicami, nie bylo potrzeby zatrudniania pani do sprzatania, gdyz nasze obowiazki pokrywala wiekszosc zadan takiejze pani.

      Rodzice nie przyzwyczaili mnie do luksusowych wczasow, gazetow i markowych ubran. Przekazali mi natomiast jasna informacje, ze wszystkie te rzeczy sa w zasiegu mojej ciezkiej pracy i jesli na nie zarobie (dorabialam w wakacje od 14/15 roku zycia) to bede je miec.
      Samodzielnosc byla i przeze mnie i przez siostre bardzo wygladana, nie moglysmy sie jej doczekac, z pomocy rodzicow nie korzystamy.
      I nie przyszloby mi do glowy wychowywac wlasne dzieci inaczej.
      • fanny Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 17:35
        Czy rodzice Ci w jakis sposob pomogli finansowo/pozafinansowo?
        Urzymywali na studiach?
        Pomogli znalezc prace?
        Kupili mieszkanie?
        Jak sie przekazuje dzieciom jasna informacje, ze wszystkie te rzeczy (z Twojego posta) sa w zasiegu ciezkiej pracy?
        Zreszta czy sa? Czy ludzie, ktorzy nie maja luksusowych wczasow, gadzetow i markowych ubran nie maja ich, bo nie pracuja ciezko?

        f.
        • po-trafie Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:09
          Edukcja, w tym takze jezykowa, byla w domu pewnym fundamentem. Tak dlugo, jak chcialysmy sie uczyc, rodzice placili za dodatkowe lekcje angielskiego i niemieckiego/francuskiego. Kiedy rodzenstwo wybieralo sie na studia techniczne wymagajace opanowania rysunku technicznego - rodzice oplacili stosowne kursy przygotowawcze.
          Zawsze zachecali do czytania, do analitycznego myslenia, do podejmowania wyzwan.

          Bylo oczywista informacja to, ze zycie kosztuje. Dostawalysmy nieduze kieszonkowe, ktorym gospodarowalysmy, uczestniczylysmy w ekonomicznych decyzjach rodzicow, ktore nas dotyczyly (np czy lepiej kupic jedna pare markowych jeansow, dwie pary niemarkowych czy moze jeansy z lumpeksu + cos jeszcze co tak baaardzo mi sie podoba). Gdybym wybrala jeansy z lumpeksu, a one by sie przetarly po miesiacu, to dostalabym do reki igle, nitke i late.
          Mysle, ze byla to konkretna nauka dotyczaca wartosci pieniadza. Jako sposob zdobycia wiekszej ilosci pieniedzy wskazywana byla praca (juz za dzieciaka moglam na jakies marzenia "dorobic" u rodzicow nadprogramowymi zadaniami; zeby miec pierwsze glany, ktore byly drozsze od innego obuwia o podobnej funkcji, mylam i odsniezalam samochod taty przez pare miesiecy). Jako ze lista potencjalnych marzen i wydatkow byla dluga, w wieku 14 lat przegladalam ogloszenia drobne, zeby sprawdzic czy moze jakies ulotki, zbieranie owocow lub inne zajecia pozwola mi dorobic, bo byla to jakas naturalna konsekwencja tego, ze skoro czegos "nadprogramowego" i fikusnego chce, to musze na to zarobic. A samochodu myc codziennie nie ma potrzeby wink

          Podobnie naturalnym bylo to, ze bedac osoba dorosla trzeba sie utrzymac samemu. W trakcie studiow rodzice utrzymywali w dosc podstawowym zakresie (np nie fundowali wakacji zadnych, bylam dorosla, jesli chce gdzies jechac, to musze na to zarobic). Zadnych wynajetych w calosci kawalerek czy miesiecznych budzetow wysokosci sredniej pensji krajowej. Jesli chcialam isc na piwo, albo naprawic zepsuty komputer, to musialam konkretnie swoim budzetem czarowac.
          Przy wyborze studiow taka sprawa, jak perspektywy w danym zawodzie, byly rodzinnie dyskutowane, mozliwosci zarobkowe, koszta zycia, ilosc ofert pracy w danym zawodzie takze.
          Gdy chcialam studiowac totalnie niezyciowy humanistyczny kierunek, to wiedzialam, ze musialabym zrobic kariere naukowa, bo inaczej to kasa w biedronce mnie czeka. Wiedzialam tez, ze 'kariera naukowa' nie oznacza zadnych duzych pieniedzy przez bardzo dlugo, lub mozliwe ze nigdy.
          Nie pomagali znalezc pracy, zadnych znajomych, informacji o tym ze gdzies jest pozycja. Nie kupili tez mieszkania i samochodu.
          Kazde z naszego rodzenstwa dostalo natomiast 10k pln na start w dorosle zycie (spadek po dziadkach), po rozpoczeciu pierwszej 'prawdziwej' pracy.
          Nie wiem, czy rodzice mieli taka darowizne zaplanowana wczesniej, czy tak sie jakos ulozylo.

          > Zreszta czy sa? Czy ludzie, ktorzy nie maja luksusowych wczasow, gadzetow i mar
          > kowych ubran nie maja ich, bo nie pracuja ciezko?

          To troche inna kwestia. Jesli ustali sie jako priorytet dobrobyt finansowy, to wierze ze wkladajac ciezka prace w zaplanowanie, edukacje, staze i konkretny kierunek zyciowy, ktore na dobre wynagrodzenia finansowe ma spore szanse (np IT), to ta praca sie prawdopodobnie oplaci.
          Jest natomiast duzo osob pracujacych bardzo ciezko, dla ktorych wysoki status finansowy nie jest lub nie byl priorytetem w momencie podejmowania konkretnych decyzji. Ludzi ceniacych swiety spokoj, satysfakcje, bezpieczenstwo, milosc czy inne wartosci wyzej, niz zarobki.
          Oraz ludzi, ktorzy do ciezkiej pracy biora sie za pozno.
    • agaja5b Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 17:34
      Chyba zdrowy złoty środek jak zwykle, czyli pomagać póki trzeba ale jednocześnie nie dawać wszystkiego na tacy, zdrowo ocenic mozliwości i siły dziecka do samodzielnego zycia, bo to przede wszystkim nasza laurka będzie, jak sobie radzi w dorosłości. Poza tym myslę że od początku trzeba uwrazliwiac na prawdziwe życie i jego różne oblicza, pokazywać że jest inny świat i też inaczej zyją ludzie,choćby uboższa sąsiadka, tłumaczyc i nie dać zapomnieć, że historia i fortuna kołem sie toczą, ale jednocześnie gonic do roboty, do obowiązku i samemu pokazywać przyjemności z pracy przede wszystkim ale i profity jakie dzieki niej są.
      • fanny Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 17:45
        agaja5b napisała:

        > Chyba zdrowy złoty środek jak zwykle, czyli pomagać póki trzeba ale jednocześni
        > e nie dawać wszystkiego na tacy,

        No ale to sa ogolniki. A konkretnie to co dawac a czego nie dawac?

        > zdrowo ocenic mozliwości i siły dziecka do sam
        > odzielnego zycia, bo to przede wszystkim nasza laurka będzie, jak sobie radzi w
        > dorosłości. Poza tym myslę że od początku trzeba uwrazliwiac na prawdziwe życi
        > e i jego różne oblicza, pokazywać że jest inny świat i też inaczej zyją ludzie,
        > choćby uboższa sąsiadka,

        Sa miejsca gdzie trudno o ubozsza sasiadke na podoredziu wink i co wtedy?
        Nie zebym sie nie zgadzala z zalozeniami o pokazywaniu innego swiata ale ciezko zyjac w homogenicznym srodowisku pokazywac ten inny swiat. Jak to robic? Pokazywac zebrzacego Roma na ulicy?

        f.
        • dziennik-niecodziennik Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:02
          > No ale to sa ogolniki. A konkretnie to co dawac a czego nie dawac?

          np nie kupowac wszystkiego tylko dlatego ze dziecko chce. albo dac do wyboru - kupie gazetke/ksiażeczkę/zabawkę albo loda, wszystkiego naraz nie. albo nauczyc ze jak wyda swoje kieszonkowe na pierdoły to wymarzony komputer (ktorego czesc mial sfinansowac) dostanie jednak troche później.

          > Sa miejsca gdzie trudno o ubozsza sasiadke na podoredziu wink i co wtedy?
          > Nie zebym sie nie zgadzala z zalozeniami o pokazywaniu innego swiata ale ciezko
          > zyjac w homogenicznym srodowisku pokazywac ten inny swiat. Jak to robic? Pokaz
          > ywac zebrzacego Roma na ulicy?

          o matko. nie ma środowiska TAK homogenicznego żeby wszyscy mieli dokładnie tyle samo. a w ostatecznosci zawsze pozostaje telewizja.
        • agaja5b Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:27
          Codzienne sczególiki typu: daje dziecku okresloną kwote miesięcznie i niech się uczy gospodarować tym co ma, zaczynając od podstawówki, nie kupowanie wszystkiego o czym dziecko marzy, czy to zabawki, czy potem ciuchów i sprzętu, bo stac nas, tylko niech dziecko wykaże trochę wysiłku, uzbiera czy zarobi choc część potrzebnych pieniędzy, nie podwożenie wszędzie i zawsze samochodem, wysiłek fizyczny też uczy wytrwałości, długo by wymieniać.
          Co do homogenicznego srodowiska, to wybacz ale nie wierzę w takie cuda, poza tym jeżeli naprawdę wokoło brak innych przykładów to wysiłek włożony w ich dostrzeżenie tez moze czegos pożytecznego nauczyć. Nie ma hospicjów, nie ma wolontariatów? Najlepiej zamknąć oczy i udawac że skoro obok mnie nie ma to nie ma, a inni udają?
    • vilez Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 17:50
      Uważam, że jeśli rodziców na to stać, to w naszej trudnej rzeczywistości należy dzieci wyposażyć tak, by nie zaczynały swego życia od zarzynania się (np. wpadania w pętlę kredytową) lub beznadziejny wynajem. Nie wysłałabym też dziecka w życie z przysłowiową jedną łyżką.
      Natomiast nie utrzymywałabym, gdyby mogło pracować, nie fundowałabym ciągłych zbytków.
      • fanny Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:03
        Ok. Zgadzam sie ze fundowanie ciaglych zbytkow jest zle ale pytanie jest kiedy przestac fundowac i co jest zbytkiem a co nim nie jest. Czy wszystko co powyzej minimum biologicznego to juz zbytek? I kiedy przestac fundowac to, co ponadto? Odkad dzieciak moze gazety roznosic, niech se zarobi, czy kiedy? Po szkole sredniej? Po studiach?
        Moglabym Ci dac na wakacje z kolegami ale jesli sam nie zarobisz, to bedziesz siedzial w domu?
        Stac mnie zeby ci kupic lepsze ubranie ale albo sobie zarobisz roznice albo bedziesz chodzil w tych z lidla?

        Moj problem polega na tym, ze nie wiem kiedy przestac mu te ubrania kupowac sad

        f.
        • lady-z-gaga Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:10
          kupuj mu jeszcze te ubrania big_grin
          odnośnie krzywdzenia: nie, dobrobyt nikogo nie krzywdzi ani robi z rozsądnej osoby kaleki życiowej, bujającej w obłokach
          to bardziej kwesta modelu wychowania, niż tego, ile pieniędzy jest w domu
        • klamkas Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:27
          Wydaje mi się, że to bardzo zależy od waszych możliwości finansowych i od samego dziecka - studiuje? Co studiuje? (np. nie wyobrażam sobie wymagać pracy od studenta medycyny, ale już od studenta pedagogiki owszem)? Chce pracować i jest na tyle rozwinięty, żeby znaleźć pracę i nie zawalić przy tym studiów? Może pracować w weekendy? CHCE pracować, czy uważa, że mu się należy od was, a on woli poimprezować w sobotę?

          Nie wiem co zrobimy z córką (ma 12 lat). Na razie staramy się ją uczyć, że na pieniądze się ciężko pracuje, sami nie szastamy kasą i ona też tego nie robi. Chciała częściej jeździć konno, to pomaga w stajni a w zamian może jeździć (sama wyszła z tym pomysłem, nie prosiła o więcej kasy na karnety). Rozumie zależność - więcej pieniędzy = więcej pracy = mniej czasu dla niej. Poza tym staramy się jej nie psuć - nie spełniamy wszystkich zachcianek, konsekwentnie dajemy kieszonkowe i do niego nie dopłacamy, jak chce coś ekstra to często płacimy po połowie - ona ze swoich pieniędzy daje połowę, drugą my. W kwestii ciuchów - dbamy o jakość, nie o metki, młoda póki co nie domaga się konkretnych rzeczy "bo wszystkie koleżanki mają te i te buty i ona też musi" (chociaż kto wie co będzie za chwilę wink).

          Moi rodzice rozwiązali to tak - utrzymywali nas na studiach do określonej kwoty, która pozwalała nam na bezpieczne życie: wynajem mieszkania (ze znajomymi oczywiście), jedzenie, podstawowe potrzeby. Czasami dostawaliśmy jakieś "premie" typu dopłata do konkretnych wakacji, czy kursu językowego (czyli na konkretną rzecz a nie rozpirzenie na byle co). Oboje z bratem jeśli chcieliśmy więcej - pracowaliśmy. Wiem, że w razie awarii typu choroba, nagły wypadek rodzice by pomogli. Mieszkań nam nie kupili, bo nie mieli za co, a w życiu po studiach nie pomagali finansowo bo nie było takiej potrzeby. Raz zdarzyło mi się pożyczyć od nich pieniądze, bo znienacka pojawiła się okazja kupna mieszkania w oszałamiająco niskiej cenie, a nam brakło. Pożyczka krótkoterminowa i spłacona co do grosza wink.
          • klamkas Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:29
            Aaa, i jeszcze jedno - warto z dzieckiem rozmawiać na temat przyszłości, jego planów, pomysłów na życie, tak żeby mieć okazję mu uświadamiać, że kiedyś będzie musiało wziąć to wszystko we własne ręce.

            Na studiach miałam kolegę, który zapytany o to jakie ma plany po studiach powiedział, że żadnych, bo jego ojciec ma kasę, więc i on ją będzie miał (od ojca). W ogóle nie miał w planach się usamodzielniać, o przecież ojciec i jego firma pracują na jego utrzymanie ;p.
          • po-trafie Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:30
            10/10

            No i wyrazy szacunku zarowno dla ciebie jak i dla rodzicow smile
        • po-trafie Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:28
          > Moglabym Ci dac na wakacje z kolegami ale jesli sam nie zarobisz, to bedziesz s
          > iedzial w domu?

          To zdecydowanie dobry pomysl w mojej opinii.

          > Moj problem polega na tym, ze nie wiem kiedy przestac mu te ubrania kupowac sad

          U mnie to bylo gdzies jak mialam 16 lat. Zamiast 'kupowania mi ubran' dostawalam budzet na ubrania i konkretne wymaganie (musze miec czapke, kurtka na zime odpowiednio ciepla itp).
          I sama decydowalam, czego potrzebuje, po czym to kupowalam. Dodem ze budzet to nie byly jakies duze pieniadze, raczej niewielkie, tak, zebym musiala kombinowac i sama dokonywac wyborow. W momencie, kiedy dziecko przestaje sie uczyc i pracowac, przestaje sie tez przekazywac mu budzet na ubrania, fryzjera itp.
        • vilez Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 20:03
          > Ok. Zgadzam sie ze fundowanie ciaglych zbytkow jest zle ale pytanie jest kiedy
          > przestac fundowac i co jest zbytkiem a co nim nie jest. Czy wszystko co powyzej
          > minimum biologicznego to juz zbytek?

          Uważam, że jezeli rodzicom sie bardzo dobrze powodzi, a dziecko miałoby mieć tylko na chleb ze smalcem, to byłoby nie ok, gdyby nie pomogli. (I odwrotnie- gdyby dziecko nie pomogło rodzicom.)

          Ja generalnie uważam, że dorosły samodzielny człowiek utrzynuje sie sam, a rodzina pomaga, gdy trzeba. Co to znaczy, to chyba jest względne i zależne od możliwości tych rodzin. Mnie jako osobie dorosłej, rodzice czasem kupili książki czy czy coś do domu. Jak im potem zresztą też. Tak to u nas jest.
          • klamkas Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 20:13
            A jeśli dziecko je chleb ze smalcem bo nie chce mu się pracować lepiej/więcej pomimo możliwości?
            • vilez Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 21:12
              Wtedy staram się przemówic do rozsądku, a gdy nie pomaga- zostawiam samemu sobie. Ale nie doświadczyłam takiej skrajności, więc mam świadomość, że teoretyzuję.
    • lady-z-gaga Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:01
      Ja jestem własnie w takiej sytuacji, dorosła córka wyprowadziła się z domu i jej poziom życia uległ drastycznemu obniżeniu.
      Pomagamy, ale pomoc polega na tym, że dokładamy do kształcenia, do pasji,z ktorej ona żyje i która wymaga wciąż nakładów na rozwój. Życie codzienne musi ogarniac sama. Wiem, że żyje skromnie i oszczędnie, praca akurat w tym zawodzie nie pozostawia jej czasu na życie towarzyskie, więc i wydatków mniej smile w domu miała lepiej - lepsze jedzenie, ciuchy, kosmetyki, większe mieszkanie. Nie zauważyłam, aby za tym tęskniła, jest bardzo zadowolona z życia i z samodzielności.
    • leni6 Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 18:28
      Ja widzę takie zjawisko wśród moich rówieśników. Zdarza się tak, że ci z zamożniejszych domów gorzej sobie radzą w życiu. Częściej wybrali studia jakie im się podobały, a nie takie po których jest praca i zarobki są wysokie. Ich sytuacje poprawiają rodzice np. poprzez dalsze wspólne mieszkanie, kupno mieszkania, opłatę opieki do dziecka, opłatę rachunków itp.

      Taka sytuacja, kiedy idąc na swoje pogarszają się warunki materialne skłania do dłuższego studiowania i mieszkania z rodzicami. Ja miałam odwrotnie, zaczęłam zarabiać mając ok 15 lat, na pełen etat mając 22, bo chciałam jeździć na wakacje, kupić sobie ubranie, które mi się podoba i móc wrócić do domu o dowolnej porze (do tego ostatniego musiałam się wyprowadzić). Niektóre moje koleżanki dopiero teraz zaczynają pracę (ok 27 lat mając). Nie wiem, czy taka różnica jest do nadrobienia.
    • joa66 Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 20:48
      Myślę, że podstawowa zasada to pilnowanie, żeby nikt nie był wykorzystywany. W skrajnym przypadku to rodzice pracujący na dwóch etatach po to, żeby dziecko-student mogło w klubie zaszaleć. A odpowiedzialność za 'dom" to nie tylko pieniądze, ale także np nieprzyjemne obowiązki domowe. Jeżeli w wychowaniu zachowamy proporcje to chyba wszystko powinno być ok.

      Innym problemem jest sytuacja młodego pokolenia w porównaniu do pokolenia ich rodziców czyli nas. I czasami się zastanawiam czy my nie przejedliśmy ewentualnego majątku naszych dzieci. To my stworzyliśmy taki a nie inny system. Być może jesteśmy im winni pomoc w miarę naszych możliwości? Nie z poczucia winy, tylko odpowiedzialności?

      I ostatnia sprawa: myślę, że ważnym elementem wychowania jest także nauczenie radości i przyjemności z rzeczy darmowych i tanich. Nauczenie, że naleśniki w domu, ładnie podane i rozmowa przy stole wcale nie są mniej przyjemne niż obiad w słynnej restauracji. Nauczenie, że podglądanie ptaków na Suwalszczyźnie jest tak samo atrakcyjne jak np w Kanadzie. To coś w rodzaju umowy społecznej stworzyło lepsze i gorsze przyjemności - tak naprawdę są one równorzędne.

    • 3eneduerabe Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 21:02
      Jestem niewiele starsza od twojego syna. Nie bede owijac w bawelne. Rodzice mnie rozpiescili. I dawali mi mnostwo milosci i probowali spelniac marzenia. Czy to zel? ja tak nie uwazam. Przywyklam do pewnego poziomu. Gdyby on spadl zrobilabym wszystko zeby sobie z tym poradzic. Pracowalabym ciezko i zapewne rowniez emigrowala jak obecnie tylko wraz z mezem, gdybym go nie poznala emigrowalabym sama. Mam kokretny zawod, jestem poszukiwana na rynku. Poradzilabym sobie, mimo fajnego rozpieszczenie. Mam dziecko, jeszcze niemowlaka, jednak dam mu wszystko jak i mi rodzice dawali. Nie pracowalam do skonczenia nauki, rozpoczelam prace rocznikowo majac dopiero 25lat. Nikt mnie tym nie skrzywdzil. Mialam czas i nauke i na wyjazdy i na zabawe. Jesli moje dziecko bedzie chcialo studiowac- umozliwie mu to, jesli pracowac i studiowac- droga wolna. Chcoiaz przyznam, ze zyje teraz w kraju gdzie pracuja mlodzi ludzie ale mimo wszystko jest to troche inna praca niz mlodzi polacy ktorzy zauwaja w kfc z nadgodzinami za 600zł. Jesli bedzie chcial byc kucharzem niech bedzie czy fryzjerem. Rozpieszczamy i bedziemy rozpieszczac. Na z mezem rozpieszczano i wyroslismy na porzadnych ludzi. Pracowitych, mimo iz obydwoje dlugi czas jako tako stricte nie pracowalismy.
      • 3eneduerabe Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 21:29
        Moja siostra tak samo jak ja. Studiuje ten sam kierunek co ja. Rowniez mimo rozpieszczania, nawet ciut wiekszego bo mlodsza jest kobieta pracowita. Ma super narzeczonego- nie polaka, ktory bardzo jest w niej zakochany i zdziwiony, ze jak jest zabawa potrafi sie bawic, jak trzeba wziac sie do pracy i uczyc to sie mobilizuje i uczy. Wiec akurat wychowanie moich rodzicow nie zawiodlo. Z siostra mamy i dobre zawody i dobrych partnerow i kiedy potrzeba potrafimy po prostu pracowac. Ja mysle, ze to przede wszystkim chyba jednak genetyka i wzorce rodzinne. Jak ojciec len to i dziecko moze i odziedziczyc taka ceche i przez jakis wplyw srodowiska przez wzorzec wlasnie takie byc. Jednak pracowici rodzice maja zazwyczaj pracowite dzieci. I nie wazne czy ktos je rozpuszcza czy nie. W pewnym okresie zycia same biora sie w garsc i pracuja rownie ciezko.
    • fanny Re: My i nasze dzieci 26.06.14, 21:24
      Bardzo fajne rzeczy piszecie. Dzieki smile

      f.
    • mayaalex Re: My i nasze dzieci 27.06.14, 09:35
      ja nie jestem z zamoznego domu, od konca liceum pracowalam na swoje wydatki, moi rodzice nie pomagali mi finansowo, nie moglam liczyc na wsparcie z ich strony nawet wtedy, kiedy akurat byloby ich stac na jakas pomoc bo zawsze byly inne priorytety. i mam do nich zal, i mam im to za zle bo moglo byc inaczej (i moja siostra ma inaczej) - i swoim dzieciom bede ulatwiac zycie.
      co nie oznacza, ze kiedy beda na studiach bede im sponsorowac bilety na wakacje w klasie biznes albo hotele pieciogwiazdkowe. Chyba, ze polecimy razem smile Ale wklad na mieszkanie lub mieszkanie, pierwszy samochod, jakas gotowka czy kawalek ziemi - oczywiscie zaleznie od naszych mozliwosci w danym momencie. I pracujemy nad tym juz teraz, gdy sa malutkie - inwestujemy oszczednosci meza glownie pod katem zabezpieczenia przyszlosci naszych dzieci.
      a te drobne luksusy, o ktore trudniej ludziom mlodym, dorabiajacym sie (markowe ubrania, pani sprzatajaca) - no coz, mysle, ze jesli beda dla nich wazne to na nie zarobia, rowniez dzieki temu, ze my zapewnimy im dobra edukacje i mozliwosc zdobycia wyksztalcenia, ktore potem pomoze im dobrze zarabiac.
    • nowi-jka Re: My i nasze dzieci 27.06.14, 10:03
      kurde to jest dobre pytanie
      moim rodzicom brakowało na wszystko zylismy bardzo skromnie
      sama dorabiam od 16-17 roku zycia a potem już regularnie pracowałam na wszystkie swoje wydatki no może poza biletem miesięcznym w szkole średniej do końca dawała mi na niego mama, poza jedzeniem i rachunkami oczywiscie
      przejscie na swoje calkowicie było naturalne wraz z wyprowadzka z domu po 1 roku studiów
      Ale jak to rozwiazac w sytuacji gdy jednak mam kase. Moja kolezanka z pracy dokąłda dzieciom choc one jzu od kilku lat na swoim.
      Nie wiem jak ja to rozwiaze. Mam jeszcz na to czas ale temat do dyskusji dobry
    • antychreza Re: My i nasze dzieci 27.06.14, 11:08
      Moi rodzice nie "rozpieszczali" mnie przedmiotami. Zawsze były pieniądze na książki, edukację (wpuścili w to grube tysiące, gdybym chciała/potrzebowała więcej, daliby więcej) i podróże, ale niekoniecznie na piątą parę spodni, a ja też nie czułam potrzeby posiadania przedmiotów. Poza pewnym okresem kiedy tata stracił pracę, żyliśmy raczej na średnim poziomie, tzn. własne mieszkanie, każdy miał swój pokój, samochód średniej klasy kupowany w salonie (jeden, bo tylko tata miał prawo jazdy), co roku rodzinne 2 tygodnie za granicą w dobrym standardzie + jakieś wakacje w Polsce dla mnie, jedzenie ze średniej półki, oszczędności i różne zabezpieczenia na życie. Na studiach mieszkałam z rodzicami, jak zaczęłam zarabiać i chciałam się dokładać do życia, tata mnie wyśmiał. Jak się wyprowadziłam, przez pierwsze pół roku pytali czy nie trzeba mi do czegoś dołożyć, goniłam. Jak wybierałam się na wakacje, próbowali mi wciskać dodatkową kasę, też goniłam. Jak chcieli mi kupić mieszkanie, goniłam z długim kijem w łapie.
      Nie pogoniłam kiedy zaproponowali pomoc w opłaceniu uprawnień zawodowych i kiedy tata stwierdził, że da mi swój stary samochód. To pierwsze bo wiem, że dla nich to ważne żeby mieć w tym udział (a nie nauczą się przecież za mnie). To drugie w zasadzie ze względów bezpieczeństwa i żeby tata się nie denerwował, że jeżdżę używanym samochodem z nieznaną historią zamiast znanym, praktycznie bezawaryjnym przez 10 lat, kupionym w salonie i serwisowanym w dobrym warsztacie. Przyjmę pomoc przy dziecku, są szczęśliwi, że wnuk będzie teraz kiedy są jeszcze dość młodzi żeby się nim nacieszyć i nie mogą doczekać się grudnia. Gdybym przyjęła więcej, źle bym się z tym czuła. Wolę żyć tak, jak mnie stać, nie odczuwam frustracji, że jakby rodzice coś tam, to bym miała więcej/lepiej. Mam tyle ile sobie zapracuję i to jest dobre i uczciwe. Rodzice wystarczająco ułatwili mi życie dając mi kapitał wiedzy i umiejętności i kształtując podejście do życia, mogę to wykorzystać albo spartolić.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka