Zalozylam nowy nick, bo najpewniej czeka mnie sprawa sadowa, wiec wolalabym nie zostac skojarzona. I musze sie wyzalic
Wytlumaczcie mi dlaczego ludzie nie potrafia zrozumiec, ze normalne uzytkowanie/zuzycie mieszkania nie jest tozsame z pozostawieniem po sobie wyrwanych ze sciany gniazdek elektrycznych, zwisajacych halogenow, zasyfionej armatury, przekreconych zawiasow w szafkach, pobrudzonych scian, pogryzionego przez krolika obicia na sofe i obsranego kibla? Dlaczego sie ludziom wydaje, ze podczas wynajmu moga po prostu olac gdy cos sie zepsuje, bo wynajmujacy sobie to wszystko ponaprawia jak sie wyprowadza? Czy we wlasnym domu pan by tez mieszkal z wyrwanym gniazdkiem i zasyfionym kiblem, nie dokonywalby zadnych napraw? Wyswiechtana mantra: normalne zuzycie i pana nic nie rusza, nosz k...a m.c!
Zostalam dzis nazwana malostkowa i pazerna, bo osmielilam sie uswiadomic panu, ze jako najemca mial obowiazek dokonywac napraw jak cos sie zepsuje i utrzymywac porzadek i w zwiazku z nie dopelnieniem tegoz obowiazku, ja jestem zmuszona mu z kaucji potracic za naprawy i sprzatanie (dodam, ze nie skorzystal z szansy samodzielnego naprawienia szkod).
Powiedzcie co ludzie maja w glowach? Skad przekonanie, ze jak sie wynajmuje to juz nie trzeba dbac? Ze nie nalezy regularnie sprzatac, myc lazienki, odkamieniac armatury, dbac zwyczajnie jak o swoje? W domach u siebie tez tak maja, kurde, czy uznaja, ze skoro wynajete to "se niech wlasciciel naprawia". A we wlasnym domu pewnie sprzatanko codziennie w kazdym koncie i czyszczenie fugi szczoteczka do zebow. A u kogos to hulaj dusza piekla nie ma, co z tego, ze fuga byla biala jak "sie normalnie zuzyla" i teraz jest czarna...
Nawet kodeks cywilny to przeciez reguluje, laczenie z nalozeniem na najemce obowiazku odmalowania mieszkania po wynajmie, a tu taki kwiatek. Skad sie tacy ludzie biora???