Bo ja starej daty jestem i po wczorajszym zebraniu u syna w 1 LO, jestem przerażona. Planem nauczania. 1 klasa luz, czyli po jednej godzinie biologii, chemii, fizyki itd (szkoda), dwie historie, matma i polski godzinowo ok, języki dzięki bogu też. Ale w drugiej szał! Po 6-7 godzin z przedmiotów rozszerzonych, czyli pędzenie z materiałem, wg mnie dwa lata w jednym roku i zero czasu na powtórzenie, zapamiętanie. Starczy jedynie na zakucie. Pozostałe przedmioty znikają... (A potem narzekania na poziom studentów). No i trzecia klasa, a właściwie jej połowa, bo nauka kończy się właściwie w styczniu, potem do kwietnia przygotowania do matury. Która będzie nowa i wg obecnej wychowawczyni syna, trudna.
Kurczę, ja wiem, że to już było, ale mam ochotę temu, kto wymyślił tę durną reformę z gimnazjami, nogi z dupy powyrywać. Bo:
-wycieczek nie będzie, bo nie ma na nie czasu, czyli integracja nieistotna, liczą się punkty, godziny, jak w fabryce
-niekoniecznie każdy nastolatek wie, co będzie studiował na 200%, a profil niestety coś już narzuca i jeśli się do końca 1 klasy nie zdecyduje, to później jest pozamiatane
-ciągłe zmiany egzaminów powodują, że trzeba być w odpowiednim roku urodzonym, żeby nie być królikiem doświadczalnym
Ja wspominam swoje licealne lata z rozrzewnieniem. Klasa ogólna, czas na decyzje, czas na naukę i zabawę, czas na dojrzewanie...
Naprawdę współczuję swoim dzieciom
Które mają dzieci w liceach, starszych rocznikach? Też miałyście takie spostrzeżenia, czy zupełnie inne? Może nie jest tak źle, jak mi się wydaje?