Właśnie wróciłam od lekarza, do którego niemal siłą zaciągnęłam teściową. Bo kaszel, od dwóch tygodni gorączka wieczorem, "ale mi przejdzie". Jak się przyznała do tej gorączki to pojechałam z nią do internisty. A tam zonk - trzy miesiące temu były robione badania z krwi i już wówczas wyszła anemia (hemoglobina ok. 9). Pan doktór kategorycznie odmówił czegokolwiek dopóki nie zobaczy najświeższych wyników morfologii, bo jeśli jeszcze spadła, to trzeba do szpitala i transfuzja. Jednocześnie wypytał teściową o to, co jada i - jak usłyszał o kaszy z masełkiem i mięsie najwyżej drobiowym dwa razy w tygodniu - to mało z krzesła nie spadł. Kazał jeść czerwone mięso na zmianę z wątróbką wołową i wieprzową.
Wiozę teściową z kliniki do domu i tłumaczę: mama, możesz sobie ugotować rosół na wołowinie i zjeść tę wołowinę, udusic gulasz wołowy albo bitki, co drugi dzień usmażyć trochę wątróbki. Eeeee tam, tyle zachodu dla jednej osoby, nie ma sensu, słyszę na to.
I teraz pytanie - zrobiłabym coś z tej wołowiny tudzież wieprzowiny z wątróbką. Takie porcyjki do zamrożenia, żeby można było wrzucić w tą cholerną kaszę. Ale pomysł mglisty, konkretnie to nie wiem co i jak, a musi być w miarę smaczne bo inaczej nie będzie jedzone. Macie jakieś pomysły?
Co jeszcze do tego mięcha? Akurat z anemią nie mam żadnych doświadczeń... (A, o witaminie C do wchłaniania się żelaza wiem, mówiłam o surówce z kapusty kiszonej czy bodaj soku pomarańczowym.)
Będę wdzięczna bardzo bardzo

za każdą uwagę i podpowiedź.