Macie problem z wejściem z wózkiem na teren szkoły? Moja 6 latka umie już sama wejść i dojść do klasy, przebrać się, więc zostawiam ją od 2 dni pod szkołą i wchodzi sama. Za pierwszym razem poszłam pod okna klasy i prosiłam, aby mi pomachała, czy dotarła. Teraz dyrekcja wprowadziła zarządzenie, które nie ma żadnej podstawy prawnej, że rodzice nie mogą wejść na teren szkoły i dzieci mają zostawiać/odbierać w holu. Jeśli chodzi o klasy starsze, nie widzę problemu, ale co z pierwszakami? Zasada jest taka, że jak pani wychodzi po lekcjach z dziećmi i nie ma rodzica pod klasą to dziecko idzie na świetlicę, więc i tak muszę wejść. W tym durnym zarządzeniu nie ma nic o mamach wózkowych, ale od paru dni muszę się ciągle tłumaczyć, dlaczego wchodzę z wózkiem i zaglądają czy dziecko śpi. Jak śpi, to warunkowo mogę wejść. Nosz kuźwa. Rozumiem względy bezpieczeństwa, ale raz wzięłam małego na ręce i omal nie zostałam walnięta workiem gimnastycznym, bo akurat jakiś dzieciak przez moim nosem zaczął sobie nim solidnie kręcić. Dla niemowlaka najbezpieczniejszy jest właśnie wózek i nie rozumiem zakazu. Do urzędu wejść mogę, do sklepu też, a do instytucji publicznej jaką jest szkoła nie? To jak mam dziecko odebrać? Panie póki co na dół nie sprowadzają, zresztą skąd będą wiedzieć, że ja już czekam na dole?
Poczytałam w necie, że to nie jest tylko problem mojej szkoły i że jest to bezprawne. Mam dosyć stresów czy jak dziś przyjdę po córkę to wejdę do szkoły czy nie, czy uda mi się ją odebrać czy nie. W dodatku to jest szkoła integracyjna i jest też winda dla osób niepełnosprawnych i dla... matek z wózkami. Jakbym miała z kim Małego zostawić, to na pewno bym go nie brała, aby wąchał te szkolne zarazki. Koło się zamyka. Dziś mąż złożył oficjalne pismo przedstawiając swoje argumenty w imieniu matek wózkowych. Ile tych wózków w ciągu dnia z niemowlakami przejedzie? 10? Wiem, że szkoła to prawie 1000 uczniów, ale trzeba podejść do tego zdroworozsądkowo, bo ja w szkole jestem 10 minut łącznie i nie waruję podklasą godzinę przed końcem zajęć, a ostatnio czekałam aż przerwa się skończy, aby nie robić tłumu wózkowego. Ogólnie chodzi mi też o to, że jestem teraz ma macierzyńskim i nie widzę potrzeby, aby córka siedziała od 8-16.30 na świetlicy, aby mąż ją mógł odebrać po pracy, a rano zawieźć, tym bardziej, że dwa razy w tygodniu ma na 11.30.
Tylko nie piszcie mi jakie to matki wózkowe są pyskate, bo wg mnie to jawna dyskryminacja. Ot, polityka prorodzinna po polsku
Pogadałam sobie...