Temat konsumpcjonizmu mnie zajmuje od dawna, ale zgłębiam go etapami.
I teraz zastanawiam się, ile spośród osób głoszących podejście antykonsumpcjonistyczne tak naprawdę racjonalizuje brak kasy oraz jak duża konsumpcja mieści się w normie, kiedy są na nią środki?
Tzn. ja mam odczucie, że ciągle coś kupuję, nie bo lubię, nie bo uważam to za szczególnie sensowne, ale bo taka jest potrzeba - albo dziecko z ubrań wyrasta, albo jest okazja typu urodziny/imieniny, albo święta, albo jakieś nowe hobby kogoś z rodziny, albo zwykłe codzienne jedzenie czy chemia... No jakby kupowanie było nieodłącznym elementem codzienności. Na ile tak rzeczywiście jest, a na ile ma sens próbować coś z tym zrobić?
Jakie Wy macie podejście?
Czy ktoś jeszcze ma poczucie, że kupuje w nieskończoność, mimo że nie goni za reklamami i gadżetami?
Może tego po prostu nie da się uniknąć, jeśli nie jest się ekstremistą. Nawet jeśli ekstremizm w tej dziedzinie jest godzien pochwały, to wiadomo że nie każdy ma do niego predyspozycje