kocianna
07.01.15, 00:04
W związku z bardzo poważnym problemem wylądowałam u psychoterapeuty. Ba, na NFZ, i nawet nie czekałam bardzo długo. Nurt psychodynamiczny, więc sobie siedzę i ględzę, i coś tam się w moim życiu zmienia.
Po pół roku stwierdzam, że każdy wymaga terapii, bo prawie każdy jest DDD, a jeśli nie on sam, to jego rodzice, a z całą pewnością dziadkowie, a ich bycie DDD przekazało się kolejnym pokoleniom. Siadam sobie z przyjaciółkami (każda trafiła na terapię z innego, poważnego powodu, i żadna z nas nie płaci, nie, nie poznałyśmy się w kolejce u psychiatry) i czujemy się jak jakieś laski z amerykańskiego sitcomu - opowiadamy sobie postępy po kolejnych sesjach.
Śmiejemy się z "amerykańskiej mody", i że to przez to, że upadają relacje międzyludzkie, ale... ale może faktycznie nikt z nas nie jest zdrowy, jesteśmy tylko niezdiagnozowani?