Mam mały niesmak i chyba zrezygnuję z robienia tam paznokci. Ale może przesadzam?
Po tygodniu od zrobienia hybrydy z połowy jednego paznokcia zszedł lakier, niestety nie mogłam po pracy pojechać na naprawę. Na drugi dzień paznokieć się złamał (miałam już dość długie), dokładnie ta część bez lakieru. Wyjaśniam dość szczegółowo żeby nie było

no i poleciałam po pracy do zakładu, bo wymiana hybrydy dopiero w sobotę, a jakoś trzeba wyglądać. Przy okazji poinformowałam panią (grzecznie, bez awantury), że po ostatnim razie miałam zniszczone opuszki palców, a stało się tak dlatego, że dwa razy miałam nakładane waciki z płynem i dłuuugo trzymane (pierwszy raz nie zadziałał, płyn prawdopodobnie był zwietrzały). Z opuszków łuszczyła się wysuszona płynem skóra. Zaraz wyjaśnię, dlaczego o tym piszę.
To wszystko słyszała także właścicielka, rozmawiałyśmy normalnie. Paznokieć mi opiłowano i "naprawiono" i... policzono mi za to 10 zł. Niby drobiazg, ale poczułam się jakoś dziwnie. Jestem stałą klientką, regularnie biorę najlepszą i najdroższą hybrydę, korzystam też regularnie z fryzjera, czasem z usług kosmetyczki. Naprawdę wydaję u nich sporo kasy. Jeszcze ta wtopa ostatnio. No poczułam się dziwnie. Gdybym była właścicielką salonu naprawiłabym paznokieć stałej klientce, z którego w końcu ZSZEDŁ lakier nałożony przez moją pracownicę i cieszyła się, kiedy znów wróci. Nie powiedziałam nic, bo mnie zatkało, ale na pewno powiem w sobotę, kiedy pójdę na zdjęcie i podziękuję paniom za współpracę. Na serio rąbie się stałym klientkom dychulca za naprawę paznokcia, na którym lakier ma się trzymać 2 tygodnie?