Wracam sobie z kina. Aż tu nagle - gołąb.
Można powiedzieć - no, mieszkam w Krakowie, czego jak czego, ale gołębiów to tu jak mrówków.
Ale ten gołąb był specjalny. Jakiś taki niewyraźny, jakby powiedzieli w reklamie Rutinoscorbinu. Przewracał się, widocznie utykał na jedną nogę. Skrzydła miał w porządku i próbował odlecieć, ale wylądować na drzewie już mu się nie udało.
Stanęłam więc i patrzyłam na gołębia. Męczył się. No to co - telefon do schroniska. Bo selekcja naturalna selekcją naturalną, a gołębie to w krakowskiej nomenklaturze "latające szczury" (tak zresztą jak wszędzie indziej), ale nie pozwolę ptaszkowi się męczyć na moich oczach.
Schronisko odesłało do lecznicy, lecznica daleko i nie robią dojazdów - dobra. Akcja "Gołąb" rozpoczęta.
Wzięłam karton ze sklepu, poszłam do domu znaleźć drogę do lecznicy i wyłożyć karton czymś miękkim, znalazłam rękawiczki - i idę łapać.
Gołębia nie ma. Truchła gołębia też nie ma. Kot sąsiadki dopiero się wybiera na spacerek, więc nie zeżarła.
Ematki, takiemu gołębiowi mogło się tak nagle "ozdrowieć"? Obszukałam kawałek ulicy, ale uznałam, że czego jak czego, ale skrzydlaka to ja nie znajdę... ale martwię się o niego, czy sobie Dolot dał radę
(uprzedzając pytania: nie, ja nie żartuję. Naprawdę chciałam brać rower i zawozić obcego gołębia na drugi koniec miasta tylko dlatego, że najwyraźniej coś mu się stało w nóżkę i kulał.)