Dziś matka mi wypomniała, że woziła mnie jak byłam dzieckiem do lekarza.
Zaczęła od tego, że kolejny raz zadałam jej cios w plecy. Tzn nie powiedziałam, że ojciec wyniósł parę szklanych rzeczy , nieużywanych od lat do piwnicy w kartonie i postawił tam na stole.
Rodzice nie rozmawiają ze sobą ale mieszkają. I matka akurat się zorientowała , że czegoś tam nie ma w szafie (nie zagląda do niej miesiącami). Przyszła do mnie jakby to była sprawa życia lub śmierci. Ja sobie przypomniałam, że ojciec coś do mnie wspominał o jakichś szklankach wyniesionych do piwnicy. I po dwóch dniach nadszedł armagedon. Matka mi dziś na ulicy wygarnęła, że to kolejny mój cios zadany w jej plecy. WTF!?
Po czym rozłożyła rękę i na palcach wymieniła gdzie i kiedy mi pomagała, w szkole, jakieś korepetycje przed egzaminami opłacała itd. Oraz, że woziła mnie do lekarzy. Stwierdziłam, że ja swoje dzieci też wożę do lekarzy. I ją też wożę. To się wściekła.
Ponieważ był z nami mój syn, który chwilę wcześniej nieopatrznie zaprosił babcię na swoje urodziny (nie przychodzi, jest skłócona śmiertelnie z moim bratem, jego rodziną i ojcem) wygarnęła mi, że "nie pamiętałam o tym żeby jej powiedzieć iż ojciec wyniósł karton z jej szklankami a za to pamiętam jej przypomnieć o urodzinach dziecka żeby kasę dała na prezent". Zatkało mnie bo trzeci dzień się do mnie nie odzywa a syn tylko powiedział- babciu przyjdziesz na moje urodziny w sobotę? To ja się was pytam- gdzie tu sugestia dania kasy na prezent wyrażona przeze mnie???
Powiedziała, że nie będzie chyba chodzić ze mną na zakupy (chodzi codziennie, przychodzi do mnie i idziemy. Jestem tym zmęczona ale ok. starałam się). Czasem szła tylko po to żeby się przejść. Jak jest zła to się wlecze , dziś ze 4 metry za mną szła.
Kiedyś zasugerowała, że mój mąż ma kochankę. Teraz kolejny raz się tego wyparła. Pominę, że nie pamięta też kiedy urodził się mój syn, że powiedziała mi w twarz- X sobie smarknął i zrobił ci dziecko.
Nie wytrzymałam już bo to są lata ubliżania , fochów, wyciągania za co mam być wdzięczna dozgonnie. Włażenia z butami w nasze życie. Mam dość jej depresji, nieleczenia się, agresji , wywoływania awantur, obsmarowywania nas do sąsiadów łącznie z proboszczem, któremu dla dokładności adres nasz podała. Fanatyzmu katolickiego. Podpuszczania dzieci na dziadka. Odpuściłam jej nawet numer z wezwaniem policji kiedy dziadek wykopał uschnięty od roku różanecznik. Wyszła na dwór i zaczęła się drzeć. Potem poleciała do domu i... wezwała policję. W tym czasie był u nich mój 4 letni syn. W doopie to miała. Oni przyjechali i nie wiedzieli o co chodzi. Dziecko w histerii trzymało się nogi dziadka i nie mogli go odciągnąć. Potem wysłała ich do nas, nie wiem po co. Dziecko mi powiedziało, że krzyczała tylko babcia, on był z dziadkiem na ogródku i nic złego nie robili. Ale kościelny psycholog (debil na szczęście zwolniony) ją od tygodni podpuszczał żeby ojcu założyć niebieską kartę. To było jej marzenie. Po dwóch razach dzielnicowy się wkurzył i powiedział, ze nie ma czasu na takie duperele. Po tym jak pokazała mu ... szafę ojca, że on ma więcej rzeczy.
To nawet nie jest 1/10 cyrków mojej matki. I mam już dość ciągłego dziękowania za to co nam dała (dała bo chciała, my nie mieliśmy nic do powiedzenia). I mam wrażenie, że przez prawie 20 lat ubliżania, obrażania, wtrącania się, które znosiłam w spokoju, przepraszałam nawet już wdzięczność okazałam.
Do psychiatry chodziła krótko. Jak tylko zorientowała się, ze nie może go oszukać to przestała. Ma depresję, jest toksyczna i ma wyjątkowo trudny charakter. Pamiętliwa do bólu. Nie wybacza. Wszystko i wszystkich skrytykuje. Ostatnio kazała mi stanąć na wagę. Ja mówię, ze schudłam 5 kilo. Spojrzała się z pogardą- hm, nie wiem gdzie.
5 minut wcześniej opowiadała jak ją podrywał kierowca autobusu chcąc się umówić na kawę!
I jaka to ona jest szczupła i zadbana w swoim wieku.
Dobra, wystarczy
W każdym razie powiedziałam jej, że mam dość. Jak nie chce niech nie przychodzi skoro jest tak źle. Wściekła się , odwróciła i poszła. Ja też poszłam. Wreszcie w swoim tempie