Tak jak w tytule, jeszcze teraz, jak sobie przypomnę, to mama pianę na
ustach... W niedzielę ok. 23.00 Szymonek obudził się z płaczem, a ja
stwierdziłam, że dziecię ma 40,2 stopni goraczki

(( Dałam Panadol Baby,
ale powiedziałam mężowi, żeby dzwonił na pogotowie, bo do rana daleko, a tak
przynajmniej jakis lekarz go zobaczy (Szymus przechodził już 3-dniówkę, więc
to odpadało). Lekarz przyjechał po ok. 10 min. osłuchał małego, opukał,
spytał sie o inne objawy (nie było), powiedział, żeby dalej dawać Panadol,
ew. Pyralgine w czopkach i rano do przychodni. Był bardzo miły i wogóle było
ok. Do czasu... Jak juz wychodzili, to towarzysząca mu pielęgniarka
podniesionym tonem powiedziała cytuję: TRZEBA BYŁO SIĘ PRZEZ TELEFON ZAPYTAĆ
CO ROBIĆ A NAS NIE CIĄGAĆ!!! MYŚMY TAKI KAWAŁ PO NIC JECHALI!!!! Ufff
zaniemówiłam, stałam jak żona Lota z opadniętą szczęką i nawet tej pindzie
nic nie odpowiedziałam. I co wy na to? Dodam, że Szymuś ma 12 miesięcy...