Mam wrażenie, że kobiety w Polsce (ale nie tylko) są przez podmioty życia politycznego (partie, stowarzyszenia, działaczy, publicystów) brane w ideologiczne dwa ognie, zostaje im wybór między dżumą, a cholerą.
Prawica konserwatywna-okołokościelna-tradycjonalistyczna to wiadomo: powrót do "Piekła kobiet" Boya-Żeleńskiego, baby do garów, niech wróci patriarchalny model rodziny, represjonowanie i kontrola nad kobiecą seksualnością, piętno wstydu i grzechu + cały szereg obowiązków związanych z bycie idealną matką i żoną, przemoc domowa to wewnętrzna sprawa rodziny etc.
Najkrócej rzecz biorąc, prawa strona sceny politycznej kobietami pogardza i traktuje instrumentalnie.
Z kolei lewica (umownie powiedzmy lewica, chodzi o światopoglądowych liberałów w zachodnioeuropejskim rozumieniu tego pojęcia) na dłuższą metę ma ofertę równie słabą.
Jak pokazały przykłady niemieckie, szwedzkie czy norweskie, lewica jest w stanie złożyć kobiety na ołtarzu politycznej poprawności i dbania o innokulturowych członków społeczeństwa.
Interes polityczny (i ekonomiczny, aczkolwiek to złudzenie) jest ważniejszy niż wywalczone przez kobiety prawa do nietykalności cielesnej, szacunku, równego traktowania.
Do tego dochodzi kontrola i władza państwa nad dziećmi, promowanie - w ramach równouprawnienia - opieki naprzemiennej kosztem kobiet, deprecjonowanie macierzyństwa i potrzeby posiadania dzieci. Jako wisienka na torciku - podważanie sensu ochrony ekonomicznej i socjalnej kobiet vide Madzia Środa "urlopy macierzyńskie są niepotrzebne".
Jakby nie patrzeć, duda z tyłu.