Uświadomiłam sobie ostatnio, że cierpię na coś takiego. Tak jak ludzie ubodzy cierpią biedę materialną, taką że każdy większy wydatek powoduje spiralę długu, bo nie ma z czego tego zrekompensować - tak ja się czuję zdeprywowana czasowo, serio.
Jednak zarwana noc, bo dziecko ząbkuje i naprawdę nie ma kiedy tego odespać, jedno dodatkowe nieprzewidziane zajęcie wszystko rozwala, wszystko się przesuwa i nie ma kiedy tego odrobić. To się bardzo nasila na koniec roku - akurat branże mamy takie, że na koniec roku wszystko się piętrzy, rok się zamyka, niekiedy na gwałt są wydawane pieniądze itd. Poza tym zbliża się horror świąt, pierniczków, sprzątania, wigilii przedwigilijnych, akcji pomocy, kiermaszy, koncertów charytatywnych, kupowania prezentów - i wszyscy nagle uważają, że ich sprawa jest najważniejsza.
A ja bym chciała "przez kałużę iść godzinę albo dłużej"
Czy ktoś się ze mną solidaryzuje?