Wiem, że kaliber nie ten, co jajeczka świętego Walentego, ale się ucieszyłam jak dziecko.
Kiedyś wracając z pracy zobaczyłam na rondzie wielką szyszkę. Zaparkowałam i poleciałam po nią, bo przecież uwielbiam znosić do domu takie śmieci. Szyszka była wielka, a w domu okazało się, że również brzemienna.
Wsadziłam trzy nasionka do doniczki i postawiłam w pokoju-składziku.
I dziś zobaczyłam to!! Pierwszy z trojaczków z in-wiadro wystawia łeb! Jak widać, kawał chłopa. Dziecię jest rasy Pinus Pinea, czyli tej, co to z niej orzeszki piñowe się biorą.
A oto szczęśliwa matka: