wipsania
19.04.17, 17:36
Ponieważ wątek Arweny tak wielkim zainteresowaniem się cieszy, postanowiłam zapytać, co ematki sądzą o takiej sprawie, która wydarzyła się w mojej rodzinie. Prawne aspekty są dość jasne, chodzi mi o podejście etyczno-moralne, tak wałkowane w tamtym wątku.
Jest matka, właścicielka domu i dwoje dzieci. Ojciec zmarł, ale i tak ten dom był matki majątkiem odrębnym.
Córka wcześnie wyszła za mąż i otrzymała darowizną mieszkanie po babci. Ma dzieci.
Powiedziane było, że dom przypadnie synowi, być może z jakimś wyrównaniem, bo wartość domu mocno przewyższała wartość mieszkania.
Syn ożenił się i matka zaproponowała, że można by przerobić dom tak, żeby mieli tam oddzielne mieszkanie, ale synowa nie chciała. Kupili więc mieszkanie, trochę pomogli rodzice, trochę kredyt.
Dawno to było, kredyt spłacony. Dzieci brak.
Małżeństwo syna nie układało się dobrze, żyli tak trochę obok siebie, były zdrady po obu stronach, ale zdecydowanie więcej pana. W końcu pani uznała, że tak żyć nie ma sensu, wystawiła panu walizki i powiedziała, że wystąpi o rozwód. Pan wyprowadził się do pani, z którą aktualnie romansował.
Do rozwodu nie doszło, ponieważ nie mogli się dogadać co do warunków. Żona chciała żeby rozwód był z wyłącznej winy męża i pokaźne alimenty na siebie, mąż negocjował, nikomu się specjalnie nie spieszyło (może oprócz drugiej pani, ale widocznie miała małą siłę przebicia) i trwało to w sumie kilka lat.
No i teraz tak - syn zginął tragicznie. Nie zostawił testamentu.
50% majątku (mieszkanie, samochód, działka poza miastem, pieniądze na lokatach) należy do jeszcze nie rozwiedzionej żony.
Z drugiej połowy połowę dziedziczy żona a po 1/4 rodzice czyli matka i po ojcu siostra.
Żona ma za złe, że po śmierci teściowej dom przypadnie córce (czyli jej szwagierce) i potem przejdzie na tamtej dzieci, chociaż było obiecane, że będzie jej męża, z którym nie zdążyła się rozwieść. Przypominam, że dzieci nie mieli.
Matka ma za złe, że synowa chociaż wykopsała męża z domu i przez ostatnie lata jego życia nie byli jakby małżeństwem, brała od niego pieniądze na życie, a teraz bez mrugnięcia okiem wyciąga rękę po wszystko, co jej się prawnie należy, ale moralnego prawa (według matki) już takiego mocnego nie ma. Matka obawia się też, że emerytura nie wystarczy jej na utrzymanie (syn za życia wydatnie jej pomagał) i poduszka finansowa by się jej przydała większa niż to wyjdzie z podziału ustawowego.
Czy któreś z tych pretensji są słuszne? Aha, i nie zostały wypowiedziane wprost, jedna strona do drugiej, tylko takie narzekania chodzą "po rodzinie" - to tak a propos komunikacji