Jakieś 2 tyg. temu, w bardzo ciepły (wręcz upalny) dzień byłam przez chwilę w pewnym liceum (z tych "elitarnych"). Własne dziecko mam małe, więc nie bardzo orientuję się w modzie młodzieżowej. Z własnego liceum pamiętam różnorodność stylów, były zarówno tzw. "kolorowe kredki" w żarówiastych spodniach, grunge, glamour, jak i dziewczyny, które sukienki podkradały z szafy matkom

Dużo dodatków (niektóre koleżanki były wręcz nimi "przeładowane"). A teraz wchodzę i co widzę? 18 stopni w cieniu, a wszystkie dziewczyny jak jeden mąż: w ciuchach szarych, czarnych, czasem brązowych. Kolorów całkowity brak (!). Fasony? Sweterek na guziki, bluza wkładana przez głowę. A widziałam naprawdę dużo osób. Niejedna ematka ubiera się bardziej kolorowo i ciekawiej od nich, co widzę po wklejanych tu ciuchach. Zresztą jedyne kolory, jakie widziałam w tej szkole były na ubraniach nauczycielek i szatniarek.
Z początku myślałam, że nastolatki ubierają się w ten a nie inny sposób przez ograniczony budżet, ale przecież ciekawe i modne ciuchy można kupić już za mniej niż dychę i mam takich pełno w szafie. Ale kupują je przeważnie starsze panie. Nastolatek brak.
Ktoś wytłumaczy?