na fali wątku o bieganiu za dziećmi z jedzeniem.
Mój ojciec kompulsywnie karmi. Wydawałoby się, że to miłe, że dorosłej kobiecie ktoś wiecznie chce robić jedzenie, ale ten kto nie doświadczył wręcz mobbingowego karmienia nie zrozumie.
Przykład: dzwoni z 3 razy w tygodniu mówiąc "zrobiłem dziś to i to, przyjedziecie?" na moje odmowy (nie, że zawsze, po prostu nie mam czasu jeździć 3 x w tyg do rodziców na obiad) zaczyna jęczeć "ojeeeeej, a ja tyle tego zrobiłeeeem. Kto to teraz zjeeee?"
Przykład dwa: rozmawiamy przez tel.o czymś tam - bieżące sprawy, co tam u dzieci. I nagle on przerywa mi w pół zdania i mówi "a wiesz, zrobiłem taki pyszny rosołek!" i tu zaczyna przez 7 minut wymieniać składniki oraz opisywać proces gotowania
Przykład trzy: jesteśmy całą rodziną u rodziców. Zjedliśmy obiad, mija 20 minut, leci do mojej córki z zapytaniem "zrobić ci coś do jedzenia?" To jest jeszcze znośne, bo ona często odmawia. Ale to samo 20 min po obiedzie leci z butelką (! taką dla niemowląt, ale szklaną, PO MNIE, a moja córka ma 10 lat) pełną kawy zbożowej i bułką obłożoną 0,5 cm wysokości kawałkami masła (no, teraz będzie mniej tego masła skoro tak podrożało

).
Żeby nie było, że jestem niewdzięczna - często korzystam z jedzenia, które tata przygotuje, jest smaczne, podane, czasami wręcz dowiezione pod nos. Ale każda, dosłownie każda rozmowa czy wizyta zaczyna się pytaniem czy nie chcę czegoś zjeść i wymienianiem litanii, cóż takiego przygotował.
U jego matki w domu zawsze też mieli jakieś zafiksowanie na jedzeniu, przy czym szczytem lansu był niedzielny schabowy z kościkiem (brr, do tej pory mnie wzdryga) a babka szczyciła się, że jej dzieci nigdy nie chodziły głodne. A mój ojciec chyba nie potrafi inaczej okazywać uczuć.
Jak tam wasi rodzice, też notorycznie chcą was karmić czy wręcz przeciwnie?