edward77
06.10.04, 13:09
Wczoraj pojechalam z poltoraroczna corka na wizyte w szpitalu.Maz w pracy,a
ja mam 0 na komorce.Umowilismy sie,ze on bedzie co jakis czas dzwonil do
mnie, a po badaniu zamowi mi taksowke.Wizyta i formalnosci(szukanie wynikow,
wypisywanie karty etc.)bardzo dlugo trwaly.Dziecko-zywe srebro
szalalo;rzucala sie na ziemie,sciagala dokumenty z biurek,wila sie, wyginala
probowala mnie bic,po prostu obled.Wyszlam stamtad zmeczona i mokra od
potu.Maz nie dzwoni.Poniewaz do postoju bylo daleko,postanowilam zlapac
taksowke na ulicy.Stanelam wiec sobie na ruchliwym skrzyzowaniu, w samym
centrum Warszawy.Zaczynam machac na przejezdzajace taksowki.Pierwsza,piata,
dziesiata,piedziesiata-wszystkie zajete, albo do klienta.Dziecko zasypia mi
na rekach,mija pol godziny, 40 min ja dalej macham polzywa ze
zmeczenia...Zatrzymuje sie taksowka,choc facet jedzie po klientke.Zabiera nas
i przez droge probuje zamienic swoj kurs,wykloca sie z panienka w
dyspozytornii w koncu prosi przez radio swojego kolege by po nas
przyjechal.Gdy dotarlismy na miejsce, gdzie byl umowiony z klientka za kilka
minut przyjechal jego kolega.Wrocilysmy do domu niemilosiernie zmeczone,ale
ja wzruszona i podniesiona na duchu,ze zdarzaja sie jeszcze takie
bezinteresowne,zyczliwe gesty.A na komorce oczywiscie kilka nieodebranych
rozmow(w tym halasie nic nie slyszalam).