nicknapotrzebywatku
01.07.18, 21:33
Postaram się bardzo krótko. Jesteśmy małżeństwem 20 lat, mamy dwoje dzieci jedno prawie dorosłe, drugie kilkuletnie. Myślę o rozwodzie, ostatnio bardzo intensywnie. Praktycznie od zawsze kiepsko nam się układało, ale mam wrażenie, że doszłam do ściany. Czuję się jak tchórz, bo nie potrafię się zdecydować na odejście. Zwyczajnie się boję, nie mam rodziny, na którą mogłabym liczyć, tzn ogólnie mam, tylko taka patologia, że zerwałam kontakt. Miotam się, próbuję wypisać plusy i minusy, ale nie bardzo mi wychodzi. Na plus niby działa ogromne poczucie bezpieczeństwa jakie czuję przy moim mężu. Specjalnie nie piszę, że to on mi je daje, bo jak się głębiej zastanowię to w sumie nie czyje w nim żadnego wsparcia, wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że gdyby nie dzieci, dawno by odszedł. To takie irracjonalne, ale tak czuję. Na co dzień prawie że sobą nie rozmawiamy, nie wychodzimy razem, nie mamy znajomych. Ja mam dwie bliskie koleżanki, ale on nie lubi ich mężów, żadko spotykamy się wspólnie. O bliskości czy seksie prawie nie ma mowy. Doszło do tego, że od rana chodzę wściekła, bo praktycznie wszystko mnie w nim drażni, a jednocześnie to jedyny "bliski" mi człowiek. Nie mamy nawet wspólnych zainteresowań, lubimy inne filmy, mamy inne poczucie humoru, no generalnie niebo i ziemia. Ale muszę sprawiedliwie oddać mu, że jest dobrym ojcem, za dzieciaki dałby się pokroić. I właściwie nie zależy mi na roztrzasaniu kto się bardziej przyłożył do obecnej sytuacji, tylko czy jest jeszcze co ratować. Czasem myślę sobie, że mam jakiś syndrom sztokholmski w sobie, bo wszystkim wszystko wybaczę, jak próbuję sobie wyobrazić jak wyglądałoby nasze życie oddzielnie, to nie mam sumienia mu tego zrobić. A jednocześnie czuję, że dłużej nie dam rady. Próbowaliśmy terapii, ale przerwalismy po kilku spotkaniach, oboje nie widzieliśmy sensu. Ja przeszłam terapię indywidualną i w sumie po niej bardziej czuje, że życie przecieka mi przez palce. On twierdzi, że kocha mnie i dzieci i właściwe wszystko mu pasuje tak jak jest, jednocześnie też chodzi zły, rozdrazniony albo obrażony. We mnie niestety tkwi takie poczucie, że dla dobra dzieci powinnam zacisnąć zęby i żyć tak dalej, ale wiem, że nikomu to nie służy. Rozważam też taką opcję, że może to ja nie potrafię się dostosować, wykazać dobrą wolę i spróbować się dogadać z mężem, że to ja chcę rozbić tą rodzinę. Mam wtedy takie poczucie winy wobec niego, ale głównie wobec dzieci., że jednak próbuję, ale każda komórka mojego ciała się buntuje, bo tak bardzo nie zgadzam się z jego światopoglądem najogólniej mówiąc. On nie jest złym człowiekiem, a może tylko tak to sobie tłumaczę. Mamy psa. Mąż go nie chciał, ale ja z dziećmi bardzo. On niby nie robi mu krzywdy, nigdy go nie uderzył, nawet nie bardzo podnosi głos, ale pies tak się go boi, że warczy na niego, przemyka z podkulonym ogonem, czasem szczęka. Ostatnio dotarło do mnie, że czuję się tak jak ten pies, niby mąż nic mi nie robi, ale ja ciągle jestem w gotowości, zawsze czujna.
Myślicie, że jest jeszcze światełko w tunelu, czy lepiej się rozstać? I jak sobie to wszystko poukładać w głowie? Mimo wszystko nie bardzo sobie wyobrażam życie bez niego.