Znacie przypowieść o synu marnotrawnym? To jest, wbrew pozorom, historia spadkowa. Jeden brat żąda spłacenia swojego udziału w spadku w formie darowizny (bez dożywocia). Dostaje i idzie hulać. Drugi brat mieszka z rodzicami i pomaga im, jest tym jeleniem. Po przehulaniu swojej połowy pierwszy brat wraca i liczy na wsparcie materialne. Przyjmują go serdecznie. Drugi brat wyraża w związku z tym obawy i pretensje. Ojciec stawia sprawę jasno: 100% majątku jest dla drugiego brata, tego mieszkającego z rodzicami, bo tamten już swoje dostał.
Tylko jednego nie rozumiem - dlaczego to jest interpretowane jako wyraz wielkiego miłosierdzia dla marnotrawnego? Raczej chyba sprawiedliwości? Teściowa ematki przepisałaby ochoczo cały majątek "temu biednemu" i opowiadała sąsiadkom, że ten mieszkający ją okrada...
A w ogóle podobają mi się platonicznie tutejsze wątki spadkowe. Jestem jedynaczką, więc się dokształcam