Muszę się pożalić.
Mam dość nowe, półtoramiesięczne dziecko. Moi teściowie mieszkają 250 km od nas, nie mogą nas odwiedzać bo teściowa ma alergię na koty (a my mamy koty

).
Mieliśmy przyjechać na święta do teściów - wszystko ok, w zeszłym tygodniu kilka razy wymieniałam się telefonami z teściową i bratową, która również zaproszana, aby ustalić jaki jest podział potraw i jakie plany. Mąż kilka razy rozmawiał z teściem.
Przyjeżdżamy i... tadam.
Teściowa zapalenie krtani i antybiotyk. Ledwo mówi. Bratowa i jej mąż na antybiotyku bo jakaś infekcja. Dzieci teściowej zasmarkane.
To już kolejna taka sytuacja (ostatnio jak byliśmy w ciąży to teściowa zaraziła mnie i męża grypą żołądkową - pojechała na chrzciny synka bratowej (który nie miał nawet pół roku), pół imprezy latała do kibelka (nie wzbudziła wielkich podejrzeń bo normalnie sika co pięć minut), dowiedzieliśmy się po fakcie.
Nie mieliśmy dość wkurwu żeby odwrócić się na pięcie, zrobić awanturę w święta i wrócić do domu (szczególnie, że teściowa za mną nie przepada, mamy mocno kruchą nić współpracy, na razie się jakoś trzyma, ale polega na omijaniu drażliwych tematów i ogólnie próbach bycia miłym). Na razie młody i córa zdrowi, ale jesteśmy nadal wkurzeni. Musiałam się wygadać, mąż ma pogadać z teściem i załatwić kwestię.
Wkurza mnie, że teściowa co rusz odwala takie akcje - liczy się to, ze ona chce zobaczyć dzieci i spełnić swoje wyobrażenie o świętach i koniec. A ja staram się siedzieć cicho i uspokajać męża, bo jak kilka razy przygadał mamie to był płacz na całą rodzinę