Ostatnio przewijają się wątki o byciu "zapchajdziurą", czyli znajomą drugiej kategorii.
Naprawdę nie rozumiem, co jest złego w byciu "zapchajdziurą"?
Przecież to normalne, że naj-naj-najbliższych przyjaciół ma się co najwyżej kilku, a reszta - choćby super znajomi - jednak schodzi na nieco dalszy plan.
Nie widzę nic złego, że człowiek umawia się z przyjaciółmi "prawdopodobnie i do potwierdzenia" na sobotę, i to prawdopodobnie może jednak nie wypalić. Pewnie dlatego, że jest to uzależnione od innych, ważniejszych planów.
Zamiast się obrażać, po prostu wystarczy "prawdopodobnie" potraktować na luzie i albo stworzyć sobie plan zapasowy, albo się nadmiernie na to nie szykować. Wypali, to wypali, otworzymy wino i naprędce sklecę sałatkę, nie wypali - zjem sałatkę sama i pójdę na spacer.
I równocześnie samemu nie ograniczać swoich planów. Jeśli spotkanie jest jedynie "prawdopodobne" dla drugiej strony, sobie też należy zostawić furtkę, że nam też może sobota nie wypalić i możemy w razie czego odwołać.
Albo obrażać się, że na ślub się zostało zaproszonym gdy zwolniło się miejsce? Super, fajnie być aż tak bliskim znajomym, że się zaproszenie dostało. Obrażać się? Serio? Przecież jakby nas nie lubili, to by na ślub nie zapraszali!
Mam mnóstwo znajomych, dla których jestem opcją spotkania drugiej kategorii, i mam mnóstwo znajomych, którzy dla mnie są opcją drugiej kategorii. Nie dlatego, że się mniej lubimy, tylko dlatego, że ze wszystkimi na równi przyjaźnić się nie da, bo fizycznie brakuje na to czasu. Każde spotkanie jest super miłe, ale widujemy się raz na 2-3 albo i 6 miesięcy, bo częściej się nie da. Albo rzadziej!
(mam taką paskudną manierę, że jak mi się z kimś fajnie choćby na ulicy rozmawia, to się wymieniam numerami telefonów i wkrótce zapraszam - często z całą rodziną - na kawę i ciacho. Wszystko fajnie, mnóstwo znajomości przetrwało i niektóre przekształciły się w przyjaźnie, ale kończy się potem setką numerów w telefonie i tylu znajomościami, że ze wszystkimi po prostu nie da się spotkać

)
I tak w ogóle to lubię być zapchajdziurą i otwarcie postawić sprawę

Zamiast stawać okoniem i się obrażać, że ktoś nie odpisuje itp, z kilkoma znajomymi umawiam się, że jeśli przypadkiem (bo ktoś coś odwołał) mają wolne popołudnie lub weekend i nie mają co ze sobą zrobić, ja lubię się spotykać bez wielkiego umawiania. Wystarczy mi wysłać wiadomość, że mają wolne, i jeśli ja (przypadkiem) też jestem wolna, mamy randkę

Jakbyśmy miały się umawiać na zaś i miesiąc do przodu, byśmy się przez rok nie umówiły, a tak raz po raz spotkanie nam wpada.
I nie, nie czuję się jak zapchajdziura, bo się po prostu lubimy, tyle, że nie jesteśmy dla siebie najważniejsze.
Ps. Najbliższych znajomych, którzy mają pierwszeństwo i gdzie ja mam pierwszeństwo, też posiadam
A Wy? Lubicie być zapchajdziurami? Czy się raczej obrażacie?