Chodzi mi głownie o tych neofitów z pierwszego pokolenia, którzy tam przyjechali 20-30 lat tamu.
Temat powstał po lipcowej wizycie kuzynki stamtąd, która zatrzymała się u nas na weekend w czasie swojego objazdu po Polsce. Osoba już tam urodzona. Przegadaliśmy sporo tematów ze dwa długie wieczory, także o Polonii
W większości ortodoksyjnie prawicowi. Część mocno wierząca (głownie ci ze wsi). Nie lubią Meksów, Żydów i czarnuchów. Wszystko kręci się wokół pracy i pieniędzy.
Ciekawe, że wielu z nich ma coś rodzaju zazdrości i żalu, że Polska nieźle się rozwija mimo wszystko, że Polacy coraz częściej w USA są turystami, a nie robotnikami z młotkiem w walizce

Wg nich najlepiej, aby było tak jak kiedyś, kiedy paczka od ciotki z USA była rarytasem i kiedy robiło się wrażenie banknotem 20$ rzuconym na tacę w kościele w czasie odwiedzin rodziny w PL.
No i ta niechęć do Unii - kołchoz, antychryst i że Polska lepiej sobie da radę sama i że "u nas na hajłeju to jest po osiem pasów a wam Unia dała tylko na dwa" .
Co ciekawe starsza emigracja, ta powojenna i ta już z tego wieku, życzy Polsce jak najlepiej o dostrzega raczej zalety niż złe strony.
Macie podobne wrażenia?