Dziewczyny, jestem tu pierwszy raz. Do tej pory siedzialam przez calą ciążę
na Forum Ciąża i Poród, potem przenioslam sie na Niemowlę... Ostatnio coraz
częśćiej jestem na CHore Dziecko, strata dziecka... To jakaś paranoja,
zważywszy ze moj synek jest zdrowy i jest moją pierwszą ciążą.
Mój synek ma 5 miesięcy. Jest wynikiem "wpadki". Technicznie zdarzyl sie w
dobrym momencie mojego zycia, kiedy mam mozliwosc wszystko ladnie ułozyc,
kiedy finansowo pomagają nam rodzice (studiuję na ostatnim roku, minimum
zajęć itd.)
Tylko że psychicznie nie bylam na to gotowa. Zawsze myslalam ze KIEDYŚ będę
mieć dziecko, ale to byla mysle ze bedę a nie że chcę. Gdy dowiedzialam sie
ze jestemw 3. miesiącu, wpadlam w panikę. Poczulam sie osaczona jak
zwierzątko. Nagle stalo sie nieodwolalne - bede matką. Bede z tym a nie innym
facetem (chociaz bynajmniej nie zamierzalam go zmieniac - ale czulam zawsze
ze moge odejsc w kazdej chwili, teraz nagle to juz nie byloby takie proste).
Mój mąż to najwspanialszy

facet we Wszechświecie - studiuje, pracuje,
zajmuje się dzieckiem, gotuje.... Powinnam być wniebowzięta, a ja - po prostu
płaczę i jest mi coraz bardziej źle
Boję się własnego dziecka. Od początku panicznie balam sie z nim zostac sama,
balam się wyjsc z nim na spacer. Teraz zamykam się w domu i do 17:00 moje
życie polega glownie na tym zeby uspokoic malego, zeby nie plakal, a
najlepiej przespal, poki mąż nie wróci. Żyję patrząc na zegarek. Gdy mąż
dzwoni ze bedzie pozniej bo szef go zatrzymal ja płaczę, rzcam sluchawką,
wrzeszczę na niego jakby to byla największa tragedia.
Nie rozumiem swojego dziecka, nie wiem o co mu chodzi, czemu placze. To moj
mąż mówi zawsze "O, teraz jest śpiący", "Chyba zglodnial, chociaz to jeszcze
nie jego pora", "Chyba chce piłeczkę, ale nie tą tylko tamtą - to jego
ulubiona". Ja nigdy tego nie wiem

Jestem z malym caly czas, on go widzi po
pracy 2 godziny i przed pracą 30 min.
Jestem nerwowa, placze, wrzeszcze. Wsciekam się na małego, który przecież nic
mi nie zrobil. Skoro placze to widac ma jakis powod - ale ja czuje sie winna
bo nie wiem jaki. I ta bezsilnosc.

Kiedy przychodzi mąż jest lepiej, bo
zrzucam na niego cala odpowiedzialnosc za dziecko. Owszem zajmuję sie malym
itd ale jakgdyby pod jego kierunkiem, slucham poleceń męża i je wykonuję. I
jest mi latwiej.
I z dnia na dzień coraz bardziej mi smutno... Przecież miało być pieknie.
Karmilam malego piersia tylko 3 miesiace (i chyba tylko dla wlasnego
samopoczucia, bo maly i tak od poczatku byl na butli a cycka traktowal
rekreacyjnie). Mialam za malo pokarmu, ale robilam wszystko co mozliwe by
pobudzic laktacje. Nie chcialam zeby ktos mi zarzucil ze czegos mi sie nie
chce dla dziecka. Nie udalo się. Bardzo przezylam odstawienie malego od
piersi,a Maly nawet nie zauwazyl różnicy - nawet do tego nie bylam mu
potrzebna skoro mial butle
Mój mąż jest wspanialy, od porodu wciaz powtarza ze jestem wspanialą mamą, że
dobrze sobie radzę, że dla malego jestem calym swiatem - ale ja tego nie
czuję i nie chcę sluchac. Najbardziej zabolalo mnie gdy na chrzcinach
uslyszalam placz malenstwa kuzynki (niby wiedzialam, ze to nie moje ale
wolalam sie upewnic), a tesc powiedzial "Co z ciebie za matka, skoro nie
potrafisz odroznic placzu wlasnego dziecka". Powiedzial to zartem i nie w
zlej wierze, to wiem na pewno, ale zabolalo - bo na prawdę NIE POTRAFIĘ.
Nie wiem czy kocham swoje dziecko. Strasznie to brzmi, ale tak jest.
Zrobilabym dla niego wszystko: oddala zycie gdyby bylo trzeba, ale nie czuję
miłości, tylko taką... powinność, czy ja wiem jak to nazwać. Nie jestem dobrą
matką i mówię to obiektywnie. Mój syn praktycznie mnie nie zauwaza. Czasami
patrzy na mnie jak na mebel w pokoju. Bardziej cieszy się nawet gdy zagaduje
go ktos obcy na spacerze, nie mówiąc o tym co wyrabia jak mąż wraca z pracy.
Ja w tym momencie przestaję dla niego istnieć po prostu. Mąż to widzi i wie
ze mi przykro, ale tlumaczy się, że dla malego jest atrakcją a ja jestem caly
czas i maly to czuje. Tylko ze kiedy wychodze na zajecia i wracam po 4-5
godzinach jest tak samo - owszem czasem jakis zdawkowy usmiech, ale zwykle po
prostu nie patrzy na mnie, chociaz do męża mógłby gruchac godzinami.
Zamknęlam sie w domu, malo wychodze z synkiem, bo boje sie ze np. zacznie
plakac na ulicy a ja go nie uspokoje i wszystcy zobacza ze jestem zlą matką.
Boję sie juz nawet wyjazdow do rodziny - ale tam jest mąż ze mną i wiem ze ON
go uspokoi na pewno. Maly mial dlugo kolki, teraz jeszcze po 5 mies. czasem
sie zdarzaja, a ja caly czas wmawiam sobie i innym ze kazdy placz to pewnie
kolka - bo z tym nic się nie da zrobic i nie będą może mysleli ze to moja
wina.
Chcialam byc dobrą matką, dlaczego nie potrafię??? Wszystko robię
automatycznie, nauczylam się zajmowac dzieckiem na podstawie jego planu dnia.
Teraz placze - to pewnie glodny bo to 9-ta, a teraz pewnie chce spac, bo juz
11-ta... Ale maly nie zawsze wszystko musi robic wg tego rozkladu - jest
zywym czlowiekiem, a gdy tylko coś zmienia ja wpadam w panikę i zaczynam wyć
z nim.
I ciągle drże o jego zdrowie, życie. Budze sie w nocy po kilkanaście,
kilkadziesiąt razy - slucham czy oddycha, patrze czy kolderka faluje. Mój mąż
kiedy probowalam z nim o tym pogadac, stwierdzil ze gdyby cos sie zlego
dzialo, to poczulabym, instynkt mi wtedy podpowie, obudzi... To bzdura - jaki
instynkt?! Boję się ze gdyby cos sie stalo ktoś powie: to twoja wina, ty
zaniedbalas, bylas za malo czujna.
Czemu ciąglesię boję, co powiedzą inni? Nigdy się tym az tak nie
przejmowalam, dopoki chodzilo o mnie i moje zycie. Czemu teraz...?
Przepraszam was, że to takie dłuuuuuuugie, ale tyle sie we mnie tego bolu i
strachu zebralo przez te wszystkie miesiące. Może powinnam pokazac to męzowi,
on niby coś widzi, ale nie wie co się dzieje bo nie mogę o tym mówić. Ale
pewnie się nie zdobędę na to. A przecież pewnie by zrozumiał.
Tak strasznie mo potrzeba siły. Dziękuję ze moglam się wyżalić, nawet jeśli
nikomu nie będzie się chciało brnąć przez tyle linijek aż do końca