buldog2
07.03.22, 21:45
Z Wikipedii:
Kiedy car osobiście brał udział w kaźniach, rzesze opryczników ustawiały się dokoła i witały je okrzykami „Gojda! Gojda!”.
==
Mistrzostwo Iwana w rzucaniu mięsem w łaźni jest zdumiewające – dopóki nie naparuje i jak należy oćwiczy człowieka witkami – nie uspokoi się. Ale u Bat’i wczuwać się w to zbytnio nie należy, bo już czekają inne przyjemności. Od przeczucia których we mnie nawet w łaźni serce ściska mróz.
[...]
Bije zegar w sali na północ. Koniec wieczornego spotkania opryczniny. Wstajemy wszyscy. Wielkim głosem Bat’ia dziękuje Bogu za strawę i napitek. Każdy żegna i kłania się. Kierują się oprycznicy ku wyjściu. Ale nie wszyscy. Zostają najbliżsi, czyli po naszemu — opryczoprycznicy. Wśród nich i ja. Serce mocno bije w przeczuciu wydarzeń. Słodkie, och jak słodkie te uderzenia! W sali opustoszałej, gdzie ledwie sługi się przemykają, zostały oba skrzydła, i najbardziej jurni spośród młodych opryczników – Ochłon, Potycha, Komoł, Jołka, Awiła, Obdul, Warionyj i Igła. Wszyscy jak malowani – krew z mlekiem, złotowłosi ogniu podobni chłopcy.
Przechodzi Bat’ia z sali wielkiej do sali mniejszej. Za nim podążamy i my – skrzydło prawe, skrzydło lewe, młodzież. Zamykają za nami dźwierze słudzy. […] Ledwie tam wejdę – od razu w nozdrza bije mocny zapach łaźni! I od zapachu tego w głowie się kręci, i krew w skroniach młoteczkami srebrnymi stuka: Łaźnia Bat’i!
Okrywa język mój drżący tabletkę, jako obłok świątynię na wzgórzu stojącą. I rozpływa się tabletka, słodko pod językiem, w ślinie opływającej ją, na podobieństwo rzeki Jordan rozlewającej się na wiosnę. Tłucze się serce, wstrzymuje dech, chłód obejmuje końce palców, oczy wyraźniej widzą wszystko w półmroku. I oto długo oczekiwane: uderzenie krwi w ud. Opuszczam wzrok w dół i patrzę na ud mój, krwią przepełniony. Podnosi się mój ud odnowiony, z dwiema wstawkami z łuskami, ostrzem z hiperwłókna o rzeźbą wykończenia, mięsistym wypełnieniem i ruchomym tatuażem. Wstaje niczym chobot (trąba) syberyjskiego mamuta. A pod udem wspaniałym bije czerwonym żarem uwiesiste mudie. I nie tylko u mnie tak. U wszystkich biorących udział w święcie mudie od ruchu dłoni świetlistej ogarnia żar, niczym u świetlików nocnych w święto Kupały. I rozpala się mudie oprycznoje, i każde – swoim własnym blaskiem. U prawego skrzydła światło przechodzi od jaskrawo czerwonego do pąsowego, u lewego – od niebieskiego w fiolet, a u młodzieży – błyskają zielone ogniki wszystkich odcieni. I tokmo u Bat’i naszego mudie innym ogniem pała, ogniem niż u nas wszystkich odmiennym – żółto-złote mudie u Bat’i drogiego. I w tym – wielka siła bratwy naszej opryczniny. U wszystkich oprycznych mudie odnowione wielką sztuką i artyzmem chińskich lekarzy. Blask bije od mudie, męskiej miłości pożądających. Siły nabiera od ud napęczniałych. I dopokąd to światło nie umarło – żywi jesteśmy my, oprycznicy.
Splatamy się w bratnich objęciach. Krzepkie ręce krzepkie ciała obejmują. Całujemy się w usta. W milczeniu całujemy się, po męsku, bez babskich czułości. Całowaniem nawzajem rozpalamy i witamy się. Łaziebni kręcą się pomiędzy nami z garnkami glinianymi, pełnymi hatajskiej mazi. Czerpiemy mazi gęstej, aromatycznej, mażemy sobie udy. Snują się milczący łaziebni jak cienie, bo nie świeci się im nic.
— Gojda! — wykrzykuje Bat’ia.
— Gojda-gojda! — krzyczymy my.
Powstaje Bat’ia jako pierwszy. Przybliża do siebie Woska. Wstawia Wosk w batiną wierzochę swój ud. Zakracze Bat’ia z rozkoszy, szczerzy w ciemnościach zęby lśniące. Obejmuje Woska Szelet, wstawia mu pomazany róg swój. Westchnie Wosk głucho. Szeletowi Szary dogadza, Szaremu – Samosja, Samosje – Bałdochaj, Bałdochajowi – Mokry, Mokremu – Nieczaj, a już Nieczajowi oblepioną swaję wbić przyszła moja kolej. Obejmuję brata lewego skrzydła lewą ręką, a prawą nakierowuję ud mój jemu w wierzochę. Szeroka wierzocha u Nieczaja. Wbijam mu ud aż po same jądra pąsowe. Nieczaj nawet nie zakracze: przywykł, oprycznik z niego jak krew z krwi, kość z kości. Obejmuję mocniej, przyciągam do siebie, łaskoczę brodą. A już do mnie Buben zabiera się. Czuję wierzochą drżącą buławę jego. Potężna ona – bez pchnięcia nie wlezie. Napiera Buben, wsuwa we mnie grubogłowy ud swój. Do samych kiszek sięga instrument jego, jęk z wnętrzności moich wyciskając. Jęczę w ucho Nieczaja. Buben kracze w moje, rękami chwackimi mnie obejmując. Nie widzę tego, kto wstawia jemu, ale z krakania wnoszę – ud jest dostojny. No, przecież pośród nas innych nie ma – wszystkim Chińczycy udy odnowili, wzmocnili, zmodernizowali. Jest czym sobie nawzajem dawać słodyczy, i wrogów Rosji ukarać. Zbiera się, sprzęga gąsienica opryczna. Wzdychają i kraczą za mną. Zgodnie z prawami bractwa ci z lewego skrzydła (niebiescy – pasywni – tłum.) występują naprzemiennie z tymi ze skrzydła prawego (czerwoni, aktywni – tłum.), a już za nimi młodzież pcha się. Tak u Bat’i poukładane. I sława Bogu…
Po krzykach i mamrotaniu czuję — przyszła kolej na młodych. Dodaje im odwagi Bat’ia:
— Nie sromuj się, greenhorn!
Starają się młodzi, rwą sobie nawzajem wierzochy mocne. Pomagają im łaziebni ciemni, nakierowują, podtrzymują. Oto przedostatni zakrzyknął, ostatni zakrakał — i gąsienica gotowa. Powstała. Zamieramy.
— Gojda! — krzyczy Bat’ia.
— Gojda-gojda! — jak grom nasza odpowiedź.
Postąpił Bat’ia. I za nim, za głową gąsienicy podążamy wszyscy. Prowadzi nas Bat’ia do łaźni. Obszerna jest, pomieści wszystkich. Ciepłą wodą się wypełnia, zamiast lodowatej.
— Gojda! Gojda! — krzyczymy, objąwszy się, nogami przebierając.
Idziemy za Bat’ią. Idziemy. Idziemy. Idziemy krokiem gąsienicznym. Świecą się mudie nasze, podrygują udy w wierzochach.
— Gojda! Gojda!
Wchodzimy do kąpieli. Kipi woda bańkami powietrznymi wokół nas. Po mudie zanurza się Bat’ia, po pas, po pierś. Wchodzi cała gąsienica opryczna do kąpieli. Staje.
Teraz — czas pomilczeć. Naprężyły się ręce muskularne, zaczęły szypieć nozdrza mołodeckie, zajęczeli oprycznicy. Słodkiego uniesienia czas nastał. Obejmujemy siebie nawzajem. Kołysze się woda wokół nas, wznosi falami, z kąpieli wyskakuje. I oto długo oczekiwane, drżenie przez całą gąsienicę przechodzi. I:
— Gojda-a-a-a-a-a-a-a!!!
Drży sufit. A w kąpieli sztorm – dziesięć w skali Beauforta.
— Gojda-a-a-a-a!!!
Ryczę w ucho Nieczaja, Buben w moje wyje:
— Gojda-a-a-a-a!!!
Panie, dopomóż nie umrzeć…
Nie do opisania. Że aż tak bosko.
Rajskiej rozkoszy podobny wypoczynek na miękkich szezlongach-leżakach po opryczniny sczepieniu się. Światło włączone, szampan w wiaderkach na podłodze, w powietrzu zapach sosny. Drugi Koncert Rachmaninowa na fortepian z orkiestrą. Bat’ia nasz po sczepieniu lubi rosyjskiej klasyki słuchać. Leżymy cudownie rozluźnieni. Gasną ognie w mudiach, w milczeniu pijemy, ulatujemy duchem.
Mądrze, ach jak mądrze wymyślił Bat’ia z gąsienicą. Przed nią wszystko w pary się dzieliło, od czego już cień rozdźwięku niebezpiecznego na opryczninę kładł się był. Teraz rozkoszom w parach przyszedł kres. Razem pracujemy, razem używamy rozkoszy. A tabletki pomagają. I najmądrzejsze ze wszystkiego, że młódź opryczna zawsze w ogonie gąsienicy się kotłuje. Mądre to i z dwóch powodów: po pierwsze, miejsce swoje młodzi zajmują w hierarchii oprycznej, po drugie, ruch nasienia idzie od ogona ku głowie, co symbolizuje wieczny kołowrót życia i odnawianie się bractwa naszego. Z jednej strony, młodzież starszych szanuje i uważa, z drugiej – dodaje sił i zapładnia. Tego też się trzymamy. Sława niech będzie Panu Najwyższemu, Bogu.
youtu.be/S4q6J2xdbHo