bergamotka77
15.05.22, 13:18
Jadę pociagiem do Poznania na koncert. Wszystko ok tylko aplikacja do zakupu biletów szwankuje, więc kupuję bilety w kasie na dworcu i doopa - brak miejsc siedzących. Z 6 wagonow zrobili 11, ale i tak od wczoraj brak miejsc na kolejne dwa połączenia do Poznania. Biorę pierwszy pociąg do Berlina przez Poznań i stwierdzam do pani w kasie, że najwyżej posiedzę w Warsie. - Nie może pani siedzieć w wagonie restauracyjnym cała drogę - oburza się pani kasjerka na dworcu. Nie mogę bo? Nie mogę zamówić kawy, zupy itd.? Nie mam legitymacji dziecka tylko zdjęcie w komórce obu stron. Foch pani w kasie: - Jedzie Pani na rodzinnym na własną odpowiedzialność.
Skąd biorą się te baby w kasach na dworcach? Jak z PRL: obrażone sfrustrowane niezyczliwe hetery. Już w urzędach, w tym w ZUSie, spotykam miłych i kompetentnych urzędników.
A teraz jak jest: miejsce w Warsie mamy, nikt się nie czepia że przy latte i napoju dziecka sobie siedzimy, (zreszta nie tylko my) zaraz zjemy zupę. Konduktorka orzy kontroli nawet nie zapytala o legitymację rzucajac do młodego z uśmiechem: - Chyba nie masz jeszcze 16 lat prawda? Gdyby nie rodacy, pewnie gastarbeiterzy, obalajacy kolejne Łomże nieopodal i szukajacy kontaktu to podróż byłaby super. Skąd ten brak życzliwości w Polsce? W krajach Zachodu wszyscy pomocni, ostatnio w Portugalii podpowiedzieli nam na lotnisku jak zapłacić mniej za nadbagaz a tu foch i skrzywiona mina w okienku na dworcu.