Stara forumka, nowy nick

...
W skrócie. Dwoje rozwodników. On syn. Ja dwie córki. Znajomość trwająca rok, nie mieszkamy razem. On wysokie stanowisko. Popijający, mówiący o sobie, brylujący na imprezach. W pewnym momencie z uwagi na rozne zawirowania syn zamieszkuje z nim na stale. Trwa to mniej więcej miesiąc. On nie wyrabia na zakrętach, ale jest szczesliwy. Mowi, ze ma teraz wszystko syna, mnie i moje dzieci. Ale ciagle powtarza, ze boi sie, ze mnie straci. I piątek impreza, alko. Od slowa, do slowa klotnia. Ja spię w drugim pokoju. Rano zabieram swoje rzeczy, oddaję mu klucz do mieszkania i wychodzę. On mnie nie zatrzymuje. W dzien zaczynamy pisac. Czytam, ze odwalilo mi, ale klucz moze byc moj. Wieczorem kontakt slabnie, ja mam zal, ze nie zadzwonil, ze gdzies poszedl pic i nie pisnał o tym slowa. W koncu dochodzi w wiadomoscich do sprzeczki, bo wg niego to ja powinnam do niego dzwonic, bo odwalilam numer. On nie widzi, ze klotnia wyniknęła rowniez przez to jak on się zachowywal. Wg niego jest transparentny. Cala wina po mojej stronie. I teraz, powiedzcie co robic. Probowac dalej to wyjasniac? Odpuscic sobie? Wiem, ze malo danych, ale naprawdę nie wiem co robic. Bylam mimo wszystko taka szczesliwa, dziewczynki szczesliwe, jego syn rowniez. Widzialam jego wady, ale uznalam, ze kto ich nie ma? I naprawdę zaczełam wierzyc w to, ze nie bede sama do konca zycia. A jednak zaczynam watpic, ze po 40 mozna sie jeszcze szczesliwie zakochac...