konkosta
07.04.24, 14:39
Rano wyprowadził się ode mnie partner. Nie miałam czasu na specjalne emocje, bo do tej pory musiałam zajmować się dzieckiem. Dopiero od pół godziny mała śpi, więc zbieram myśli. Nie jestem w szoku, nie jestem zrozpaczona, po prostu siedzę i myślę nad swoim życiem. Wygląda ono jakbym powtarzała tragiczny cykl złych wyborów i decyzji. A wydawało mi się, że w dorosłym życiu wyciągnęłam wnioski i jestem świadoma.
Jak miałam 18 lat urodziłam syna. Dzięki nadzwyczajnej postawie moich i ojca (rówieśnika) rodziców zrobiliśmy maturę i skończyliśmy studia. Nie, nie była to wpadka bezkarnych dzieciaków: nasi rodzice surowo kazali nam ponieść konsekwencji naszego postępowania. Dostaliśmy mieszkanie, pomoc finansową i w opiece nad dzieckiem, ale byliśmy pod ścisłą kontrolą: zero zabawy, nauka i dziecka. I tak do 24-roku życia. Mieli rację… Później od razu praca zawodowa, mały w podstawówce.
Ślub wzięliśmy po maturze. Obiecaliśmy sobie z mężem, że zrobimy wszystko, aby nasz syn nie ponosił konsekwencji naszej głupoty i niedojrzałości. Gdy miał 6 lat poszedł do podstawówki, szkołę skończył rok wcześniej (przeskoczył jedną klasę). Miał nasze całkowite (i dziadków) wsparcie, uwagę, zajęcia dodatkowe. Zrobił maturę w wieku 17 lat, a wymarzoną formację skończył mając 23 lata. Rok później był już samodzielnym młodym człowiekiem z ambitną pracą zgodnie ze swoim wykształceniem (nie, nie apteka).
W międzyczasie zmarli rodzice męża, trzy lata później moi. Gdy syn kończył studia uznaliśmy, że trzeba mu zapewnić uczciwy start w dorosłość. Sprzedaliśmy nieruchomości naszych rodziców i kupiliśmy mu nowe mieszkanie dwupokojowe w centrum, które od razu na niego przepisaliśmy. Gdy się wprowadził, uzyskał prawo wykonywania zawodu i poszedł do swojego wymarzonego korpo, odetchnęliśmy. Uznaliśmy, że pomimo wielkiego błędu młodości zrobiliśmy naprawdę co możemy, żeby nasze dziecko było szczęśliwe.
Miałam wtedy 41 lat i… byłam w ciąży. Dwa lata wcześniej rozstaliśmy się z mężem. Szybki, bezproblemowy rozwód. Mieliśmy wszystko dogadane. Sprzedaliśmy wspólne mieszkanie i z oszczędności oraz resztek spadku kupiliśmy sobie dwa oddzielne mieszkania. Nie było scen i pretensji, po prostu zdawaliśmy sobie sprawy, że wszystko, co nas łączyło już się kończy (usamodzielnienie syna). Zachowaliśmy przyjacielskie stosunki z mężem.
I gdyby tak zostało pewnie byłabym szczęśliwa, jak jest obecnie mój były mąż. Niestety… coś mi odbiło. Związałam się z 7 lat młodszym artystą z nieuporządkowanym życiem. Był przeciwieństwem męża i dotychczasowego mojego życia: totalny chaos w miejsce uporządkowania. Wszystkim tym, o czym skrycie marzyłam. No i stało się. Zaszłam w ciążę. Urodziłam córeczkę. Niestety z problemami zdrowotnymi. Bez szczegółów: regularnie musimy jeździć do lekarza i przyjmować specjalistyczne leki. Kocham ją nad życie, ale zostałam zupełnie sama.
Jej ojciec, chociaż cudowny i empatyczny, jest nieogarem. Dorywcze byle jakie prace. Nic stałego. Za małe pieniądze. Rzeźb nikt nie chce kupować, zatrudniać do prac artystycznych również go nie chcą. Jest sfrustrowany. Często ucieka w świat wyobraźni. Córką zajmuję się sama. Zarabiam również sama. Na szczęście mam stabilną pracę, po latach wypracowaną pozycję zawodową i finansową stabilność oraz brak długów. Nie żyjemy na wysokim poziomie, ale na wszystko starcza.
Coraz częstsze kłótnie, bo oczekiwałam pomocy od niego, zakończyły się ostatecznie dzisiaj jego wyprowadzką. Przyjaciółka namawia mnie szybkie działanie: ustalenie alimentów i zapomnienie o nim. A ja jestem w rozsypce. Czuję, że jako dorosła, samodzielna baba powtórzyłam swój błąd gówniary. I serce mi się ściska, bo żal mi tego kochanego chorego maleństwa, które śpi obok…
Oczywiście były mąż i dorosły syn nie chcą znać ani mojego chyba już eks-partnera oraz córki (przyrodniej siostry jakby nie było). Syn mi wprost powiedział, że zawsze mogę do niego przyjść, ale “bez zbędnych dodatków”, a do mnie nie przyjdzie, bo nie chce mieć z “głupią patolą” nic wspólnego. Od razu nie polubili się z partnerem, doszło raz do awantury, w której wyzwał mojego syna od niewdzięcznych, a ten go od idiotów “robiących gówniane rzeźby i gówniane dzieci”. Od tamtej pory wiadomo, zero kontaktów. Były mąż trzyma całkowicie stronę syna i mówi, że skoro postąpiłam jak idiotka, to mam ponieść tego konsekwencje. Zawsze chętnie spotka się ze mną, ale też tylko ze mną. On za to korzysta z życia pełną piersią (co chwila jakieś niezobowiązujące romanse, wyjazdy, częsty kontakt z synem itp). Widzę, że syn jest mną rozczarowany, nie akceptuje moich wyborów i woli ojca.
No i mimo bliskich osób wokół siebie, jestem sama. Zupełnie sama. I boję się, że nie podałam. Mam na co zasłużyłam. Dziękuję za możliwość wygadania się i przepraszam za błędy oraz niespójność wypowiedzi.