vesnavenlo
08.07.05, 11:29
Londyn, moje miasto - dla mnie najpiękniejsze, najdroższe na świecie, pełne
wspomnień, wiecie tych najbliższych, z najwczesniejszej młodości - zostało w
tak upokarzający sposób okaleczone... Moja jedyna siostra, najlepsi
przyjaciele zostali odgrodzeni ode mnie murem strachu... W obliczu tego co
się stało zmalały wszystkie błahostki dnia codziennego - chciałabym tam
znaleźć się jak najszybciej, nie wiem, najbardziej dla siebie, chyba, bo
wydaje mi się, że tylko osobista obecność uspokoi mnie, podotykam i będę
wiedzieć, że Tam nic się nie zmieniło... Lubię wasz kraj, mieszkam tu
dziesiaty rok, z kilkoma przerwami, ale go nie oswoiłam, co gorsza - wydaje
mi się, że nigdy nie oswoję. Próbowałam, bo tu mieszka mężczyzna mego życia -
mąż mój, a zawsze, gdy na niego patrzę, wiem, że podjęłam dobrą decyzję, ale
nic nie mogę poradzić na to, ze źle mi tutaj... Nie rozumiem ludzi, każdego
dnia towarzyszy mi dziwny lęk, o wszystko - o córeczkę, o przyszłość, o to,
że większość ludzi, których kocham mieszka, gdzieś daleko... a tych, których
spotykam na co dzień interesuje jedynie "ewentualna praca dla syna na
wakacje"... Mówię waszym językiem, a słowa są mi obce - jestem obca, czuję
się obca... Ilekroć wsiadam w Pyrzowicach do samolotu towarzyszy mi ciepłe
uczucie - wiem, że lecę do domu... Wróciłabym, nawet w tej minucie, tak z
punktu, jak tu siedzę, ale wiem, że zaprzepaściłabym w ten sposób zycie
mojego męża, jego dorobek zawodowy, firmę etc., po jakims czasie miałby do
mnie pewnie żal... Tak mi źle, tak smutno...