nisar
27.06.06, 10:20
Obserwuję w otoczeniu pewną prawidłowość: wśród znajomych, którzy nie mają
dzieci przybywa zwierząt domowych. To znaczy kolejność jest następująca:
ślub, kilka lat życia-użycia, potem mowa o dziecku, po pewnym czasie koniec
rozmów o ewentualnym dziecku, pojawienie się pieska (zazwyczaj). No i tu
zaczyna się szaleństwo - piesek jak rozumiem jest ersatzem dziecka, którego
nie ma, no i jest traktowany jak niemowlę. Co najmniej. A piszę o tym, bo na
jutro umówiłam się z koleżanką. Sytuacja j.w. I trochę się wkurzam, bo nie ma
mowy, żeby przyjechała do mnie, tylko ciągnie mnie w ten skwar dziki na
spacer "bo piesek nie lubi zostawać sam w domu."
Z jednej strony - trochę rozumiem ten mechanizm. Z drugiej mnie to wkurza, bo
generalnie uważam, że zwierzę to zwierzę i tak powinno być traktowane. Ale
ponieważ z kolei nie wyobrażam sobie życia bez dziecka, więc tak myślę, że
może ja nie potrafię się wczuć w taką sytuację i czepiam się bo jestem wredną
małpą?