Nie wiem, czy tylko ja jestem taka nienormalna i lubię w ciszy robić zakupy,
w ciszy jeśc posiłek, w ciszy wypić kawe i poczytac gazetę i wreszcie w ciszy
posiedzieć nad jeziorem. Nie mówię o ciszy absolutnej, mówię o ciszy
minimalnej, czyli bez hałaśliwej, agresywnej muzyki w tle. A ona jest
wszędzie: w supermarkecie, w centrum handlowym , w pubie, w kawiarni, na
stołówce w ośrodku wczasowym, nad jeziorem, bo ktoś musi przyjśc z radiem
albo odkrecić szybę w samochodzie i zostawić je włączone.Oszaleć można. W
pubach puszczają tak głosno, że trzeba krzyczeć, a to przecież nie dyskoteka,
tylko miejsce, gdzie można pogadać.
Już nie wspominam o radio samym w sobie, gdzie audycje sensus stricto
odeszły do lamusa i tylko muza, muza muza przerywana reklamami. Czy możecie
zebrać myśli, czy Wam ten hałas i dudnienie nie przeszkadza? Ja mam ochotę
czasami krzyczeć z wściekłości, ale rozglądam się wokoło i reszta, jakby
głucha była, nic nikogo nie rusza....., nawet techno zamiast świergotania
ptaków nad jeziorem. Uff, musiałam się wygadać