demarta
06.11.06, 13:28
bardzo dziwne uczucie.....
najpierw po macierzyńskim wyrzucili mnie z pracy. tydzień po tym mój mały
brzdąc zachorował i wylądował w szpitalu. miało być coraz lepiej, a jest
coraz gorzej, raz po razie zapalenie oskrzeli, może astma? moze alergia?
dzisiaj doszły do tego wymioty, chyba złapał rotawirusa, bo krąży po oddziale
pediatrycznym.... dzisiaj mija nam miesiąc w szpitalu.
i dzisiaj przyszedł kolejny news, w nocy zmarł mój ojciec.mieszkał daleko ode
mnie, nie byłam z nim emocjonalnie związana, ale przeżyłam chwilę
rozstrojenia nerwowego, no bo co tu zrobic, zostawić dziecko w szpitalu? czy
zostawić ojca, żeby zgnił w tej swojej chałupce na kieleckiej wsi?
ale po dwóch godzinach udało mi się telefonicznie załatwić formalności z
księdzem, zakładem pogrzebowym, lekarzem, urzędem stanu cywilnego, pogrzeb w
środę o 15, muszę tylko zdąrzyć z formalnościami i pożyczyć gdzies forsę na
grabarzy, organistów, księdza.....
nieszczęścia zdarzają się po to, żeby człowieka załamać i zeby zaraz potem
wstąpiła w niego nadludzka siła, doprowadziła go do stanu najwyższych
obrotów, nieziemskiej motywacji i nadludzkich zdolnosci negocjacyjnych.
ale zastanawia mnie fakt, co się stanie dalej? co mi jeszcze spadnie na łeb?
boję się zasnąć, boję się następnego dnia, boję się kolejnego telefonu...
mam ochotę nie otwierać skrzynki pocztowej, komorkę spuścić w klopie i nie
otwierać nikomu drzwi..... boję sie, że skoro daję radę z tym wszystkim, to
może czeka mnie większa ilość niespodzianek, może taki nawał, który mnie
powali na pysk......?
właśnie w trakcie pisania tego wątku zadzwonił do mnie brat zmarłego ojca....
poinformował mnie, że to on chciał wszystko załatwić i nie sądził, że wytnę
mu taki numer - właśnie dotarł na miejsce i okazało się, ze zakład pogrzebowy
na moje zlecenie zabrał i tatę i jego dowód osobisty.... to ja załatwiam
pogrzeb ojca na odległosć 400 km przez telefon, a wujkowi w ten sposób
tzw "skórę" sprzed nosa sprzątnęłam, na której chyba chciał zarobić....
paranoja.