Nie macie czasem wrazenia, ze cale zycie przecieka Wam gdzies miedzy palcami, a Wy siedzicie w domu, gotujecie, sprzatacie, karmicie i wyprowadzacie psa taszczac przy okazji ze soba wozek z maluchem, zabawiacie znudzone koty, zmieniacie pieluche za pielucha, probujecie znalezc rozrywke znudzonemu dziecku... A tam, na zewnatrz, na wyciagniecie reki toczy sie zycie. I to bez Waszego udzialu? Podczas, gdy Pan Maz udziela sie zawodowo po 18 godzin na dobe w piatek, swiatek czy niedziele, to tu, to tam, robi szybka, blyskotliwa kariere, poznaje nowych ludzi i nowe miejsca zyjac od delegacji do delegacji? Nie czujecie czasem, ze to wszystko, o co dlugo walczylyscie: zdobyte dobre wyksztalcenie, jakas pozycja zawodowa, nowe szanse na lepsze jutro, mozliwosc niezaleznosci finansowej i pewnego samostanowienia, pogrzebalyscie cicho z chwila, gdy pojawilo sie dziecko?Moze to jakas forma depresji, ale mnie to powoli zaczyna przerastac. Nie, zebym nie kochala Malucha i nie lubila poswiecac mu czasu. Absolutnie nie! Ale denerwuje mnie to, ze nie mam przed soba postawionego jasno okreslonego krotkodystansowego celu, ze kazdy dzien jest taki sam... I denerwuje mnie brak zrozumienia ze strony Pana Malzonka. Bo moje propozycje powrotu do pracy przyjmuje z niechecia, niedowierzaniem, kwituje to ukrytymi miedzy wersami aluzjami, ze nie jestem dobra matka... Ewentualnie smieje sie, ze to on moze pojsc na maciezynski/wychowawczy* (*niepotrzebne, w zaleznosci od tematu rozmowy, skreslic), ale wtedy (hi! hi!

) nie bedziemy mieli za co zyc...Wiec czasem nachodzi mnie taka przeogromna chec, zeby zostawic na pare dni to wszystko Szanownemu Slubnemu Mezowi. Te psy, koty, dziecko, porzadki, obiadki, pieluszki, prasowanko i... pojechac gdzies odpoczac. Zafundowac sobie cos w rodzaju "delegacji", od ktorych przeciez i moj Malzonek nie stroni. I przyjechac po dwoch-trzech dniach, zeby zobaczyc jego mine... Ha!

Pozdrawiam Was serdecznie. Z rozmarzeniem na twarzy YennaM