Gość edziecko: BasiaP
IP: *.*
06.11.01, 19:03
Wprawdzie od mojego porodu minął prawie rok (ach, jak ten czas szybko leci!), to postanowiłam podzielić się z wami moimi wrażeniami z pobytu w szpitalu. Rodziłam w Sosnowcu w „dwójce”. W tym szpitalu obowiązuje jakże wychwalany system rooming-in, czyli dziecko z matką. Na miesiąc przed wyznaczonym terminem porodu, byliśmy z mężem w szpitalu dowiedzieć się, czy możemy rodzić razem. Miłe panie pielęgniarki pokazały nam salę do porodów rodzinnych i wyjaśniły, że po porodzie dzidziuś przebywa cały czas z mamą, ale gdy ta jest zmęczona i poprosi o to, to mogą dziecko zabrać do siebie. Nie, żebym była jakąś wyrodną matką, ale ucieszyłam się z tego, że chociaż trochę odpocznę po porodzie.No i zaczęło się. Pierwsze, lekkie bóle miałam ok. południa w niedzielę. Z niedzieli na poniedziałek już nie spałam, a syna urodziłam dopiero wieczorem. Rodziłam siłami natury i byłam wykończona. Po przewiezieniu na salę rozpoczęło się pasmo moich rozczarowań. Gdy poprosiłam o zabranie dziecka na tą jedną noc, położna stwierdziła, że to musi być moja świadoma decyzja. Chyba ze trzy razy powtarzałam, że to jest moja świadoma decyzja, jednak dziecko zostało na noc ze mną. Mimo zmęczenia nie spałam całą noc, no bo jak tu można zasnąć, kiedy mój dzidziuś jest przy mnie i boję się, że zaraz zacznie płakać, bo może jest głodny, jest mu zimno, niewygodnie itp. Poza tym nie potrafię zasnąć przy zapalonym świetle (nie można gasić).Następna sprawa to szpitalne łóżka. Wydaje mi się, że są za wysokie. Siedząc na nim śmajtałam nogami w powietrzu (a jestem średniego wzrostu). Takie siedzenie bez podpierania nóg o podłogę sprawiało mi dużo bólu, bo miałam nacinane krocze.Kolejne rozczarowanie to sprawa dzwonków przy łóżku, służących rzekomo dla mojej wygody. Jeśli chcę, żeby ktoś przyszedł do mnie lub do dziecka, to mam zadzwonić. Więc, gdy potrzebowałam pomocy, to zadzwoniłam. I owszem, przyszła pielęgniarka ze złą miną i z pretensjami „po co ja znowu dzwonię?!” Więcej nie dzwoniłam i gdy mojemu dziecku tak się ulało, że był prawie cały mokry, wzięłam go na ręce, zwlokłam się z łóżka i poszłam do pań, z prośbą, aby dały czyste ubranko. I co usłyszałam? – „przecież ja go dopiero przebierałam, a poza tym zaraz będzie obchód i już nie zdążę go przebrać!” Więc wróciłam z zafajdanym synkiem na salę.Następna sprawa: pielęgniarki mogłyby ustalić miedzy sobą jakąś wspólną wersję, dotyczącą np. jadłospisu młodych mam. Jedna stwierdziła, że z owoców możemy jeść jabłka i banany. Kiedy przyszła druga, kazała natychmiast schować banany, bo ich jeść nie można. I tak było z wieloma sprawami.Nauczyłam się też, że lepiej siedzieć cicho i nie zadawać żadnych pytań, bo i tak nie uzyskam odpowiedzi. Mój synek urodził się z dość długimi paznokciami i się drapał. Kiedy spytałam, czy obcinać mu paznokcie (no bo skąd mam to wiedzieć?), pielęgniarka skrzyczała mnie, że takim małym dzieciom się nie obcina paznokci. A gdy innym razem zapytałam się o mleko, jakie mogłabym dawać małemu zamiast mojego (gdyby zaszła taka potrzeba, bo od zawsze wiedziałam, że będę i chcę karmić piersią, ale różnie to bywa), to usłyszałam, że mam dużo pokarmu i muszę karmić piersią. Potraktowano mnie jak jakąś wyrodną matkę, która nie chce karmić swojego dziecka. A w końcu to sprawa każdej kobiety, jak chce karmić i nikt nie ma prawa nas do niczego zmuszać. Doszło do tego, że w trzecim dniu po porodzie chyba wpadłam w depresję, bo na widok męża płakałam, ponieważ chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Po trzech nieprzespanych nocach byłam wykończona. A noce były najgorsze. Czekałam do rana aż coś zacznie się dziać – przyniosą termometry, śniadanie, później będzie obchód i przyjdzie mąż. Wtedy mogłam iść do łazienki, bo pomógł mi wstać z łóżka i zajął się dzieckiem. Mogłam też się troszkę przespać. Mam wrażenie, że system rooming-in został stworzony nie dla kobiet rodzących, a dla położnych i pielęgniarek, żeby miały więcej czasu i nie musiały zajmować się dziećmi. A może wg nich system ten oznacza pozostawienie matki samej sobie: chciała, to ma i niech sobie radzi!