Muszę zacząć od wyjaśnienia, że od kiedy Michalina zaczęła poruszać się sama przestaliśmy z nią chodzić do kościoła. Mąż kategorycznie odmówił ganiania za nią, stwierdził, słusznie z resztą, że nie po to chodzi do kościoła. I tak zaczęły się nasze samotne wyprawy na zmianę. Aż pewnej niedzieli doszliśmy do wniosku, iż nasze dziecię ostatnio jakieś spokojniejsze się stało i zaryzykowaliśmy - pojechaliśmy na mniej obleganą mszę, coby można było kontrolować sytuację i, o dziwo, Miśka nie oddalała się zbytnio. Podbudowani tą sytuacją w następne dwie niedziele też wybraliśmy się razem. Nasze dziecię zachowywało się coraz swobodniej, właziło na kolana obcym ludziom, zwiedzało cały kościół ( duży nie jest ) i generalnie był coraz większy kocioł.Aż tu przyszła środa popielcowa i rad nie rad chcąc pojechać do koscioła musiałam wybrać się sama z Michaliną. Uzbroiłam się nawet w mały albumik ze zdjęciami i jakieś książeczki, które spakowałam do swojej torebki ( dotychczas jak chciałam ją spacyfikować to pozwalałam wyciągać wszystko i tak zajmowałam ją przez chwilę ) licząc, że bardzo ją to zainteresuje i przynajmniej w czasie podniesienia nie będzie biegać. O słodka naiwności! Jak tylko znalazła się w środku postanowiła zapoznać się ze wszystkimi,dublując juz swoje stare numery włażenia na kolana i pakowania sie na ręce komu popadnie. Biegała z szybkością torpedy. Wyjaśnię wszystkim zgorszonym ( jak można pozwolić tak biegać dziecku w kościele

!), że bieganie za moim dzieckiem w takiej chwili nie ma najmniejszego sensu bo i tak nie da się uziemić a swoim zachowaniem zrobiłabym jeszcze większy bałagan. Wyegzekwowaliśmy jedynie onegdaj, by nie właziła na ołtarz.W pewnym momencie mała torpeda znikła z mojego pola widzenia aż w końcu zauważyłam ją .... w konfesjonale! Wlazła na klęcznik a miły

ksiądz proboszcz zaczął wystawiać do niej palec przez kratkę, czym oczywiście sprowokował jej bardziej entuzjastyczne wystąpienia. I oczywiście, jak to w takich sytuacjach bywa, w chwili ciszy, wszyscy obecni usłyszeli słodkie : adziubadziudada, i potem : oooo! Co to znaczy tłumaczyła nie bedę, gdyż mówiąc szczerze sama nie poznałam jeszcze wszystkich tajników mowy mojego dziecka. Ludzie w kościele dusili się ze śmiechu a mi niestety do smiechu nie było bo musiałam przemaszerować na drugą stronę przyznając sie jednocześnie, że to moje dziecko.Ale to nie był niestety koniec rozrywki. Nieopodal łaziło dziecię młodsze od mojej kozy, takie, które jeszcze nie zdążyło przystosować się i nauczyć, że na ołtarz wchodzić nie wolno. Tak więc ćwiczyło tę umiejętność a mama cierpliwie zdejmowała je z pierwszego stopnia. Michalina przecież nie mogła okazać sie gorsza, gdzie tam, co tam zakazy mamy, ja robię to znacznie sprawniej i szybciej

Potem znalazłam w jej ręce cukierka ( jej nie wolno jeść cukru! ), opakowanie chusteczek higienicznych ( skąd ona u diabła to wzięła? ), a na koniec przyniosła (raczej przyciągnęła ) takie małe krzesełko od ministrantów. Obiecałam sobie solennie, że w najbliższym czasie do kościoła chodzę sama!!