erudy
20.06.07, 12:59
Mój mąż został oskarżony o molestowanie seksualne...
Mąż jest nauczycielem w gimnazjum. Pochodzi z rodziny o tradycjach
nauczycielskich i po ojcu jest wielkim społecznikiem, tzn. lubi
bezinteresownie pomagać innym. W ytm roku szkolnym miał przypadek uczennicy,
która wymarzyła sobie liceum o profilu przedmiotu, którego uczy mój mąż. Mąż
pomógł jej się przygotować do egzaminów, pomógł napisać i złożyć papiery.
Poprosił uczennicę, że jak będzie wiedziała czy się dostała żeby przyszła go
poinformować.
Dziecko wczoraj przyszło uradowane, że się dostało, że było 3 osoby na 1
miejsce. Mąż się bardzo ucieszył i pogratulował jej (jak się później okazało)
w niewłaściwy sposób: uścisnął i cmoknął w policzek... Zrobił to z radości-
sukces uczennicy był jego osobistym sukcesem, zrobił to spontanicznie. Nie
zauważył, żeby zrobił coś nietaktownego...
DZiecko przyszło do domu, ponoć roztrzęsione, jej mama przyszła ze skargą do
dyrektora. Mąż w trybie pilnym został wezwany do szkoły (było już popołudnie).
W gabinecie dyroktora mąż doznał szoku - dyrektor (w obecności rodzica) kazał
mężowi przyznać się do popełnienia czynu lubieżnego, powiedział że to było
molestowanie seksualne! (matka dziecka nic takiego nie mówiła, sama była chyba
zaskoczona i przerażona tą sytuacją). W następnej kolejności dyrektor
powiedział że musi zawiadomić prokuraturę i że mąż straci pracę, bo on
(dyrektor) nie będzie mu mógł już zaufać. Mąż oczywiście wyjaśniał, że nie
było jego intencją przestraszyć dziecka, ani tym bardziej gratulując jej
sukcesu w ten sposób nie zamierzał osiągać żadnej satysfakcji seksualnej!
Mąż jest zdruzgotany - oto on, wielki społeczniek, nauczyciel oddany swojej
pracy w 100 % został oskarżony o coś tak potwornego bez możliwości obrony.
Wysłałam go więc do adwokata - i prawnik uważa, że ten incydent nie
kawlifikuje się do molestowania seksualnego, ale że mąż dobrze zrobił, że
przeprosił za swoje zachowanie.
Dyrektor wieczorem zadzwonił prywatnie do męża przeprosić go(!) że się tak
zachował przy matce, ale on musi być zgodnie z prawem, ze uważa go za dobrego
nauczyciela i ze wierzy, że mąż nie zrobił tego w celach lubierznych... No i
jeszcze "doradzał" żeby mąż spotkał się na neutralnym gruncie u matki
uczennicy (w jej miejscu pracy) i próbował to załatwić polubownie. Wg mnie
jest to najgłupszy pomysł z możliwych, wydaje mi się, że dyrektor chce
pogrążyć mojego męża, nic mu nie pomaga, wręcz szkodzi swoimi wygłaszanymi sądami.
Mąż teraz wie, że zrobił źle, że w sosób niezaplanowany naruszył prywatność
tego dziecka. Tylko wiecie, co jest najgorsze? Już nie to, że mąż może stracić
pracę, tylko to, że teraz oboje booimy się o tę uczenicę. Nie wiemy w jakim
jest stanie psychicznym, no bo skoro tak mocno to przeżywa, to na pewno
potrzebna jest jej pomoc psychologiczna, której oczywiście dyrektor nie
zapewnił, bo zajmuje go złożenie doniesienia do prokuratury.
Jeżeli przeczytałyście to wszystko, to może macie jakieś rady jak przez to
przebrnąć? Pomóżcie...