ann_mart
08.07.03, 13:50
Może podstawicie mnie do pionu i powolicie spojrzeć z innej perspektywy na
problem.
Od jesieni ubiegłego roku mamy problemy w związku.
Zaczęło się od tego, że pewnego dnia dwa miesiące po szóstej rocznicy ślubu,
mąż usiadł i powiedział, że chce się wyprowadzić. Nie wyjaśnił dlaczego, nic
wcześniej nie sygnalizowało, że coś jest nie tak. Oczywiście kłóciliśmy się
czasem i mało mieliśmy czasu dla siebie bo właśnie wróciłam do pracy a Michał
miał 7 miesięcy, ale nie były to nieporozumienia ostre ani wskazujące na tego
rodzaju zamiary.
Oczywiście pierwsza myśl - jest ktoś inny. Oczywiście zaprzeczył.
Ostatecznie po poważnej rozmowie został.
Po dwóch tygodniach znów to samo, powodów nie podał, wreszcie wspomniał że
ktoś jest.
Wyprowadził się (właściwie wyrzuciłam go).
Po kilku dniach postanowiliśmy spróbować jeszcze raz, tym razem z pomocą
terapeuty. O tej drugiej powiedział, że rzecz cała nie ywszła poza stosunki
koleżeńskie.
Rozpoczęliśmy terapię. Na początku szło dobrze, potem dowiedziałam się, że
faktycznie rzecz nie wyszła poza koleżeństwo, ale prze dłuższy czas byłam
oszukiwana co do spotkań z kolegami itd - ten czas spędzał znią, choć
niewinnie i w miejscach publicznych. I choć obiecał nie zerwał tych kontaktów
do końca.
Całą terapię diablki wzięli bo nie była prowadzona pod tym kątem.
Poza tym owa dziewczyna zaczęła mi robic koło pióra co w moim środowisku
zawodowym rozchodzi się szybko. Teraz się z nią nie kontaktuje - tylko z
rzadka zawodowo, telefonicznie, nie może tego uniknąć i zawsze mnie informuje.
Przypłaciłam to wszystko depresją i jakakolwiek praca nad związkiem nie
wchodziła w grę bo mój stan psychiczny na to nie pozwalał.
Musze przyznać, że stał wtedy przy mnie i choć w pewnym momencie sama
chciałam to skończyć nie pozwolił mi za co jestem mu wdzięczna bo teraz,
kiedy ze mną jest lepiej nie darowałabym sobie rozstania.
Potem był wspaniały urlop we dwoje (no ze znajomymi ale bez dziecka, który
stwarzał mi wielkie nadzieje, bo naprawdę kocham męża i chciałabym, żebyśmy
oboje byli szczęśliwi.
Potem niestety był trudny okres bo zaczęłam otrzsymywać telefony, że ma
romans i odsunęłam się od niego choć powiedzaiłam mu o tym, nie próbował
zaprzeczać poza jednym "to nieprawda". Minęło trochę czasu zanim do mnie
dotarło, że to po prostu niemożliwe bo nie miałby kiedy romansować, jego
grafik zajęć to wyklucza.
Wtedy postarałam się zbliżyć i poszliśmy znów na terapię. Po dwóch tygodniach
od sesji znowu zaczął mówić o odejściu.
Nie chciałabym tego, bo kocham go, ale nie chciałabym żyć także na takiej
hustawce. Na razie stanęło wszystko w zawieszeniu, ale boję się, że zostanę
sama z dzieckiem, choć najbardziej boję się, że zostanę bez najważniejszego
dla mnie czalowieka, z którym wspólnie przeżyliśmy kilka dobrych lat.
Problemów jest kilka
- on nie potrafi mówić o tym, że coś go boli i reaguje dopiero jak już nie
może wytrzymać stąd nie miałam informacji, że coś mu przeszkadza, a domyśleć
się jak stwierdziła terapeutka nie miałam szans,
- ja jestem impulsywna,
- powiedzieliśmy sobie masę przykrych rzeczy przez ten czas w złych chwilach,
- nie mam pewności, że on jeszcze coś do mnie czuje, czasami zachowuje się
tak, że myślę,że nie cxaasami tak, on sam mówi, że czuje się zagubiony,
- jest w złym stanie psychicznym bo jest przemęczony i zniechęcony,
- nie chce mu się starać, a chyba czuje się przymuszany przeze mnie, choć to
nie jest zamierzone.
Naprawdę nie chciałabym go stracić, ale może jest za późno Jak myślicie.
Aha tak w ogóle to nie jest żadan świnia, tylko przyzwoity facet, który był
dobrym mężem (poza paroma wpadkami) i jest świetnym ojcem dla Michała.
Pozdrowienia
Anka