No więc, jest tak, że mój mąż od lat spotyka się w piątkowe wieczory ze swoimi
znajomymi.
Spotykał się tak z nimi, zanim jeszcze mnie nie poznał, i spotyka się po dziś
dzień. Siedzą sobie razem i zajmują się graniem w RPG-i. Zaczynają koło 18-19
i siedzą zwykle do późna w nocy (północ, czasem pierwsza, druga).
Jest to ten rodzaj rozrywki, który mnie osobiście nie kręci i nigdy nie brałam
w nim udziału, zresztą znajomi też nie są zbyt zapraszający

Nigdy nie miałam nic przeciwko tej sytuacji - spędzaliśmy po prostu piątkowe
wieczory osobno, ja zwykle umawiałam się z koleżankami na winko albo coś w tym
rodzaju. Problem powstawał co najwyżej, gdy była jakaś konkurencyjna impreza u
moich znajomych - zwykle mój mąż wtedy rezygnował z kawałka swojej "sesji" i
wpadał na chwilę tu, na chwilę tam.
Z tym że teraz tak się porobiło, że jestem w ciąży i czuję się różnie. Czasem
lepiej, a czasem gorzej. Z pewnością jest tak, że wieczorne spotkania są już
nie dla mnie - o 22 jestem do niczego. Tak więc wieczory z koleżankami mi
odpadły, no i siedzę w te piątki sama w domu.
Pewnego dnia, kiedy naprawdę źle się czułam i chciałam się położyć wcześnie
spać, poprosiłam męża, żeby wrócił do domu wcześniej, np. około 22, a nie o
pierwszej w nocy. No i reakcja była negatywna: że go ograniczam, że to jego
jedyna forma rozrywki towarzyskiej itp. Jak się poryczałam,to dał się
przekonać

, ale ogólnie jest tak, że lepiej, żebym z taką prośba nie
wyskakiwała. Jak dziś zapytałam, kiedy wróci, to już miał w głosie napięcie i
powiedział: no, pewnie po północy...
Pewnie jestem jędza i nie daje się mężowi pobawić, w końcu mogłabym iść spać o
tej 22 i dać mu spokój. Ale jakoś tak przykro mi jest, że on nie jest skłonny
do rezygnacji choćby częściowo ze swojej rozrywki, żeby pobyć ze mną w takich
momentach, gdy ja też nie mogę się bawić. Może po prostu jestem zazdrosna, że
on może towarzysko się rozrywać w okolicach północy, a ja nie daję rady. Nie wiem.