lola211
10.05.09, 22:14
Napilam sie melisy, bo by mnie chyba nerwy zezarły.
Oddzwonilam do matki,bo musiala mi koniecznie opowiedziec co sie jej
przytrafilo.Odebrala łamiacym sie glosem- zadzwon za pol godziny ,
bo musze odpoczac i ogladam Ranczo.Ok, niech bedzie(juz mi sie lekko
cisnienie podnioslo).Dzwonie ponownie.Otoz wybrala sie na grób
siostry 300 km pociagiem.Ubrala sie jakby mialo żabami rzucac, bo
mowili ze padac bedzie.Spocila sie na tym cmentarzu jak mysz, bo sie
okazalo, ze prognoza byla mylna.Tramwaj nie przyjechal.Drugi
zaladowany kibolami, bo byl jakis mecz.Połamali drzwi, tramwaj
ruszyl z opoznieniem.Na dworzec dotarla 2 min przed odjazdem
pociagu, w nerwach dobiegla do pociagu, zdązyła, uff, siadla w
przedziale i - tu clou programu- ZASŁABŁA, cuciły ja
wspolpasazerki.I co ja na to??
A ja zamiast jej wspolczuc, zrozumiec grozę sytuacji po prostu
powiedzialam, zeby dala sobie w koncu spokoj z tym cmentarzem, ktory
odwiedza co roku i co roku slysze jaka to męczaca podróz i
oporzadzanie grobów.Tamtej zycia nikt nie zwróci, a jej to tylko
szkodzi.
Po takiej rozmowie czuje sie jak zimna sucz bez grama empatii, a
wcale taka nie jestem.
Nie umiem zdobyc sie w jej przypadku na zrozumienie, moja wlasna
matka irytuje mnie strasznie opowiesciami na temat chorob,
samopoczucia i swoich lęków.Mam ochote nia potrzasnac i wykrzyczec,
by wziela sie w garsc, nie zatruwala innym zycia opowiesciami o tym,
co ja boli, ze nie jada tłustego i nie lubi slonca.Ze ZAWSZE zle sie
czuje.
A ja wraz z nia, bo co rozmowa to same negatywne emocje.Jak jej juz
brakuje problemow wlasnych to mi donosi, co sie zlego wydarzylo w
dalekiej rodzinie.A mnie prawde mówiac to g..no obchodzi.Niech kazdy
ciagnie wlasny wózek, po co mi wysluchiwac o cudzych problemach?