miriam33
24.08.09, 12:51
Tylko chcę się wygadać. Nikomu nie chcę nic mówić, nawet najlepszej
przyjaciółce. Jeśli mąż ode mnie odejdzie, i tak wszyscy się
dowiedzą. A tutaj jestem anonimową idiotką.
Pojechał sam na wakacje - ja nie podzielam jego pasji - jeszcze go
namawiałam, bo między nami było ostatnio niedobrze, więc niech sobie
ponurkuje, odpocznie, zatęskni. No i zakochał się w dziewczynie,
młodszej, nie takiej ładnej jak ja, jak zaznaczył.
Wrócił i widziałam, że coś nie gra, ale w życiu, w życiu nie
myślałam, że mnie spotka taki banał. Czasem tu czytałam, jak faceci
to robią, ale nie wpadłam na to, no nie wpadłam.
Miał inną kartę w telefonie, mailował. A mnie nawet nie zdziwiło, że
się czasem nie mogę dodzwonić i że tak polubił spacery z psem, wtedy
właśnie do niej dzwonił.
Wszystko miało być za moimi plecami. Już planowali spotkanie, niby
uczestników tamtej wycieczki, mąż szukał hotelu, już mieli się
spotkać, kiedy wyjechałam na weekend do rodziny, ale coś nie wyszło.
Tak bardzo go to gnębiło, taki był ponury i widać było, że coś go
gryzie, że zaczęłam pytać. W końcu powiedziałam, że ma powiedzieć
prawdę, obojętnie co narobił, jestem żoną i chcę wiedzieć, bo nie
wytrzymam tego napięcia, tych aluzji, że niby tam za granicą
wymyślił, że może chciałby żyć w inny sposób i dyskusji, czy można
kochać dwie osoby. No i powiedział.
Cały dzień tylko płakałam i rozmawialiśmy, dziecku powiedziałam, że
płaczę za mamą. Dowiedziałam się, że nie czuł się kochany, że
skoncentrowałam się na dziecku, a ona tak się zakochała, tak na
niego patrzyła, że czuł, że kocha za to, że jest, tak, jak ja już
dawno nie patrzyłam. Że nasze małżeństwo się posypało, że chce z nią
żyć, ale się waha, bo mnie kocha. No i wyśmiałam, że łatwo nad
morzem, w słońcu, na wakacjach, kochać za to, że jest, a trudniej po
latach małżeństwa, dziecku, pracy, praniu skarpetek.
Nie bardzo chciałam o niej słuchać. Mówiłam, że to jego znajoma, że
nie chcę dopuścić do tego, żebym uznała ją za kogoś ważnego. Żadnych
bluzgów, bo przecież nie jej wina, że jej naopowiadał. Unikałam
mówienia o nich "wy", bo nie ma żadnych "ich", jesteśmy my i ona.
Najgorsze, że już planowali wspólne życie, że do niej pojedzie,
zamieszka, pozna rodzinę i przyjaciół. Bo jego małżeństwo się sypie.
Bo on chce zacząć nowe życie z nią, w innym mieście. Nie, najgorsze
było to, że miała kupić czy kupiła prezent dla naszego dziecka i
miał mu dać niby od siebie po tym lipnym spotkaniu powycieczkowym.
Serio, myślałam, że rzygnę.
Powiedział mi, że chciał się z nią spotykać i sprawdzić, które życie
mu bardziej odpowiada, dalej ze mną i z dzieckiem, czy z nią. Tyle,
że nie potrafił mnie dłużej oszukiwać i wysypał się sam. Więc
płakałam, błagałam, żeby ze mną został, że tamto to żadna miłość, że
to taka wakacyjna fascynacja. A że potem się świetnie dogadywali w
mailach i przez telefon, to po prostu dlatego, że już się nam tak
dobrze nie rozmawia, jak kiedyś, przed dzieckiem. Że faktycznie
dziecko nas podzieliło. Ale on nie starał się "odbić " mnie dziecku,
przestał przytulać i całować, a mnie tego nie brakowało, bo
przytulałam dziecko a jego nie chciałam zmuszać. Bo w naszym
małżeństwie była taka pusta przestrzeń i ona w nią weszła. Że tak
naprawdę szukał mnie z dawnych lat. Że jeszcze możemy siebie z
tamtych lat odnaleźć, przecież to nie tylko ja go zawiodłam, on też
nie pilnował, żeby było między nami dobrze. Że to z nią nie jest
prawdziwe.
W końcu mi obiecał, że z nami zostanie.
Nawet mi SMS od niej pokazał, w którym go błaga, żeby zadzwonił, bo
dostała od niego SMS, że powiedział wszystko żonie. To powiedziałam:
zadzwoń, pożegnaj się. No to jak zadzwonił, to znowu zaczął, że
jednak chce z nią. Bo powiedziała, żeby po prostu się spakował i
przyjechał. A za chwilę, że nie, że nas kocha, tylko jej tak
namieszał, że będą razem, że jego małżeństwo się sypie, że ona
cierpi, że płacze, że skrzywdził nas obie. Powiedziałam, żeby nie
porównywał cierpienia kogoś, kto z nim przeżył tyle lat z
cierpieniem kogoś, kto zna go miesiąc i sobie za dużo wyobrażał. Że
nie życzę sobie, żeby mówił o niej na równi ze mną. NA przykład, że
we mnie TEZ się tak szybko zakochał.
Miałam fazę litości. Nad nią, że biedna dziewczyna, myślała, że ze
mną wygra, jej plany wzięły w łeb, opowiadała mu już, gdzie pojadą,
co zrobią, że mu coś kupiła, a tu lipa. Nad nim, że tak cierpi. Nade
mną, że jestem głupią, zdradzoną żoną, która za bardzo ufała i nawet
nie zauważyła, że już tak źle.
Potem byłam zła. Strasznie zła. Rozwaliłabym mu ten durny łeb,
zabiłabym kretyna, albo chociaż w mordę natrzaskała, żeby spuchł.
Jakim prawem układał sobie życie z kimś, kogo poznał miesiąc temu,
jakim prawem chciał mnie zdradzać w hotelach, sypiać ze mną i z nią,
żyć sobie na dwa sposoby i sobie wybierać, który jest fajniejszy.
Jakim prawem chciał mieć dwa życia?
Teraz tylko boję się, że jednak do niej pojedzie, ona przecież chce.
A jeśli pojedzie, to znaczy, że się rozstaniemy, bo ja już go nie
przyjmę z powrotem, gdyby chciał. I będę musiała żyć sama, a mamy
długi i praca niepewna i dziecko bez ojca. I kocham go. Cieszę się,
że mi powiedział prawdę i nie był w stanie dłużej oszukiwać.