Nie jest odkrywczym spostrzeżenie, że w naszych czasach praca stała się
zajęciem absorbującym sporo czasu... W moim przypadku wygląda to tak, że z
domu wychodzę o 8:00, a wracam.. hmm... w przedziale między 18:30 (ten
pierwszy warunek brzegowy to raczej teoria) a ... hm... 22:00? 02:00? Czyli
mój czas pracy jest tzw. nienormowany

Z weekendu w domu cieszę się tak,
jak "normalny" człowiek z urlopu. Nie jestem pracoholikiem (uwielbam moja
pracę, ale jakbym mógł robić to co robię na pół etatu, byłbym szczęśliwszy),
a najgorsze jest to, że po nocach siedze za darmo (pensję mam stałą, a
nadgodzin wymaga specyfika pracy). I szlag mnie trafia, jak czytam żale Pań,
że mężowie uchylając się od obowiązków uciekają w pracę itp. Fakt, część
ancymonków na pewno tak robi, ale ilu musi być Bogu ducha winnych zdrowych na
ciele i umysle głów rodzin, które są zmuszone sytuacją rynkową do unikania
kontaktów z zoną, dziećmi... Ja np. wstaje dwie godziny wcześniej, żeby cos
porobic z córką, bo wiem, ze jak wrócę, to już będzie spała... Czytając
jednak żale kobiet, których mężowie dużo pracuja oraz cwaniaczkowatych
specjalistów psychologów (jakbym był dziennikarzem, albo pisarzem, też bym
mógł siedzieć w domu do bólu

zastanawiam się czasem, czy moje dziecko nie
będzie mi miło tego za złe jak dorośnie? Czy mnie zrozumie? Jak mu
wytłumaczyć, że nawet nie mam wyboru (tzn jest, ale z drugiej strony jakbym
zaszył sie z rodziną w jakimś szałasie w dziczy i żył z rybołóstwa, to też
ktoś zawsze mógłby mieć do mnie pretensje). Jak Wy Panowie radzicie sobie z
pogodzeniem konieczności utrzymania rodziny a koniecznością aktywnego
uczestniczenia w wychowywaniu dziecka? Ja staram się jak mogę, ale i tak mam
wyrzuty, że za mało czasu spędzam z rodziną. Najgorsze jest to, że niewiele
mogę zrobić...