zoppoter
09.09.02, 14:16
Niedawno wywołałem tu burzę tematem świętokrówstwa rowerowego.
To pozwolę sonbie opowiedziec wczorajszą przygodę. Wyszliśmy z żonka i córeczką na Monciak na
spacer. Córka sobie biegała i skakała swobodnie, bo przecież to deptak. Z górki zjeżdżało sobie dóch
rowerzystów. Na szczęscie powoli, zdążyłem niczego nieświadome dziecko wyciągnąc jednemu z ich
spod koła. Zatrzymałem ich i zażądałem, żeby zsiedli z rowerów i dlaej je prowadzili. A oni zaczęli się
ze mną kłócić...! W końcu ustapili, byc może dlatego, że trzymałem im jeden z rowerów w łapie...
Co mnie zaskoczyło. To nie byli ani nawiedzeni rowerzysci-ekolodzy-sportowcy, ani dresiarze, ani
jacys podstarzali niereformowalni tatusiowie-wujkowie. To byli chłopcy w okolicach 15-16 lat,
wyglądający bardzo sympatycznie, nieagresywni, sprawiający naprawdę dobre wrażenie. No nie
wiem
jak to powiedzieć, moze tak, gdybym miał syna, to chciałbym żeby był do nich podobny. A jednak oni
byli święcie przekonani, że są absolutnie w porządku, że nikomu i niczemu nie zagrażają, że
zachowywali się całkowicie prawidłowo.
Wyjaśnienie jest tylko jedno. Tak ich wychowali rodzice... To zapewne wychowanie w stylu typowym
dla polskich kierowców: "Ograniczenie jest do (na przykład) 70 km/h, ale ja mam dobre auto i dobrze
jeżdżę, to ja moge tu setką jechać". W podobny sposób argumentowli ci chłopcy, oni doskonale
wiedzieli, że jest zakaz jazdy rowerem, ale byli przekonani, że oni nie muszą go przestrzegać, bo robią
to bezpiecznie...
I aż mi przykro, że pokłóciłem się z takimi fajnymi młodymi ludźmi.