ronka3
13.07.04, 22:10
Jestem od 10 lat w zwiazku, w ktorym panuje przemoc psychiczna i emocjonalna.
Wreszcie zdecydowalam sie na odejscie - oczywiscie moj M. twierdzi ze to ze
nasz zwiazek sie rozpadl jest calokowicie moja wina. Jako ze zwrocilam sie o
pomoc do psychologa, wiem ze nigdy tak nie jest ze zwiazki rozpadaja sie
tylko z winy jednej strony, wiem ze moj M. przez 10 lat kontrolowal kazdy
aspekt naszego zwiazku, wiem teraz ze Jego poprzednie malzenstwo rozpadlo sie
z tego samego powodu. Ja sama mam dobra prace, dobre wyksztalcenie, odnowilam
przyjaznie, mam rodzine ktora mnie kocha i pomoze mi w potrzebie - moj M nie
ma wlasciwie nikogo oprocz mnie. Wiem ze bardzo cierpi i mam momenty ze zal
mi go bardzo - jednak wiem ze on uwaza ze jest idealem, oskrza mnie o wrogosc
i nielojalnosc w stosunku do niego jesli widzi jakakolwiek krytyke z mojej
strony. Wiem ze musze byc silna, dla siebie i dla dziecka, ale czesto sobie
mysle ze ja sobie poradze z dalszym zyciem, natomiast nie bardzo widze jego
zyjacego na wlasna reke. Jednak nie probuje robic nic w kierunku ratowania
naszego zwiazku, kazda proba rozmowy konczy sie wrzaskami i oskarzeniami,
oczywiscie ordynarnymi w stosunku do mnie. PO kazdej takiej "rozmowie" mysle
sobie ze nalezy uciekac jak najdalej i jak najszybciej, ale potem po prostu
jest mi szkoda tego czlowieka, ktory wyraznie ma wielkie problemy ze soba.
Czy mialyscie tez takie mysli? Taka hustawke uczuc od absolutnej desperacji i
wrecz nienawisci do zalu i jakby takiej macierzynskiej milosci. A moze to
jest po prostu syndrom kobiety zyjacej w przemocy psychicznej. Dzieki za
wszelkie refleksje.