Dodaj do ulubionych

Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu?

28.03.05, 15:28
Jestem ciekawa czy zdecydowałybyście się oddać dziecko (np. 1,5 roczne) ojcu,
po rozstaniu. Pod warunkiem, że ojciec by chciał, potrafił się dzieckiem
zająć, utrzymać i kochać. Oraz, że nie ograniczłby waszych kontaktów z
dizeckiem. I jeśli tak, to z jakich przyczyn - dla kariery, wolności,
podróży, nowej miłości, stypendium, kolejnych studiów...
Nie jest to prowokacja - zaznaczam, bo być może ktoś tak pomyśli. ja jestem w
takiej sytuacji teraz, zastanawiam się. Proszę o szczere opinie. Dziekuję.
Obserwuj wątek
    • kangurzyca2 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 15:36
      Mój mąż jest wspaniałym mężem i ojcem dla mojego synka, ale nie ma takiej
      rzeczy (pieniądze, kariera, podróże, mieszkanie...) dla krórej oddałabym
      dziecko po rozstaniu. Nosiłam go 9 miesiecy pod sercem, a może i w sercu, razem
      dbaliśmy o niego jak byłam w ciąży, mąż był obecny duszą i ciałem przy
      narodzinach, zajmował sie małym w dzień i w nocy, bawi sie z nim do dziś.
      Uważam, że stanowimy bardzo dobry związek, o który dbamy. ale moje zdanie jest
      takie: tylko niematka oddaje dziecko (na stałe) ojcu. bo mam na myśli oddanie
      na wychowanie. Ale może to i dobre dla dziecka, bo skoro matka go niechce...
      • farfalle Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 15:45
        No właśnie, trafiłaś w sedno - "może to i dobre dla dziecka". Jasne, można to
        sobie powtarzać jako wymówkę ale można w to też wierzyć. Bo chyba można
        stworzyć lepszą relacje z dzieckiem nie mieszkając z nim. Według Ciebie ojciec,
        który "oddaje" dziecko byłej partnerce to "nieojciec"? Dziekuję za głos.
        • kangurzyca2 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 16:06
          Stworzyć relację z dzieckiem nie mieszkając z nim? jasne i najlepiej dwa
          widzenia w miesiącu to będzie to supertata lub supermama. A jaki ojciec oddaje
          dziecko matce? Popatrz na statystyki. Owszem zdarzają się ojcowie, którzy
          wychowują dzieci, bo sąd przyznał im opiekę na przykład. Ale jaki to procent?
          2%? Ja znam przykład matki, która zostawiła dziecko roczne ojcu i odeszła do
          innego. Spójrz obiektywnie. Co myślisz o takiej matce. Bo ja tylko jedno: dz....
          Takiej matki nic a nic nie usprawidliwia.
          Zresztą to chyba są poszczególne przypadki, że matka zostawia dziecko i idzie
          do konkubina.
          • farfalle Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 16:20
            kangurzyco2 - no ja myślę co innego niż Ty, nawet patrząc obiektywnie. Dlaczego
            zakładasz, że matka oddając dziecko idzie do "konkubina", oraz, że skoro tylko
            2% ojców samotnie wychowuje dziecko oznacza to, że reszta nie jest w stanie? I
            zakładasz dwa widzenia w miesiącu - błędnie. Pozdrawiam Cię, widzę że walczysz
            dzielnie o dobro dzieci wyrodnych matek.
            • kangurzyca2 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 16:35
              I nie mów, że walczę o dobro dzieci wyrodnych matek, bo jeśli ktoś nie chce
              wychowywać dziecka, to jego sprawa i jego wybór. Ja mam swoje dziecko, i nie
              mam wpływu na inne. Ale nie wyobrażam sobie po rozstaniu by był z nim tylko
              ojciec. I tutaj druga sprawa. Co dla Ciebie znaczy rozstanie, bo dla mnie to
              definitywny koniec małżeństwa, a kontakt z dzieckiem byłby z pewnością, ale to
              nie to samo, gdy dziecko ma pod dachem obojga rodziców. Wg mnie (konkretnie w
              moim przypadku) byłoby nie do pomyślenia, by odejść do innego "partnera"
              zostawiajac dziecko. Ale to pewnie dlatego, że nasze dziecko to owoc miłości, a
              nie chwilowego zapomnienia.
    • farfalle Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 16:05
      Oj, dopiero znalazłam wątek pt. "już wysiadam", w którym znalazłam kilka opinii
      na "mój" temat, więc zdublowałam wątki, wybaczcie.
      • kangurzyca2 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 16:29
        No to podaj mi z jakich przyczyn matka oddaje dziecko na wychowanie ojcu????
        Napisałaś dla kariery, dla studiów... to jest normalne wg Ciebie? Bo wątpię, że
        rozstajac się z mężem kobieta jest jego przyjaciółką. I z wielką radością
        mówi: "wiesz kochanie możesz odejść, ale weź ze sobą nasze 1.5 roczne dziecko,
        bo Ty jesteś lepszym ojcem niz ja matką". Kobieto otrząśnij sie z transu i myśl
        nie tylko jak kobieta, ale i jak matka.
        • farfalle Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 16:47
          kangurzyca2- "z wielka radością" to ja czytam Twoje posty, doprawdy, poprawiłaś
          mi humor - tylko sie nie obraź, piszę to zupełnie szczerze. Dlaczego Ty tak
          uparcie uważasz, że można rozejść się z facetem tylko dla
          kochanka, "konkubina"?
          A propos "wiesz kochanie możesz odejść, ale weź ze sobą nasze 1.5 roczne
          dziecko, bo Ty jesteś lepszym ojcem niz ja matką" - co w tym nienormalnego? Bo,
          że ojciec może być lepszym ojcem niż matka matką, w to nie wątpię.
          • isabelka20 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 17:36
            wedlug mnie matka ktora oddaje dziecko ojcu bo wazniejsza jest dla niej kariera
            czy podroze to nie matka i wiecej nie bede sie wypowiadac w tym glupim temacie
          • pelaga Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 19:08
            No ale wlasciwie o co chodzi?
            Nie chesz dziecka? To oddaj ojcu, zakladajac, ze on je chce.
            Dziecko powinno po rozstaniu pozostac z rodzicem, ktory je chce wychowywac i
            ktory ma wieksza wiez z dzieckiem. Dla dobra dziecka tak to powinno wygladac,
            choc nie zawsze wyglada.
            Czy ja oddalabym dziecko? Nie. Tak wiec nie oddalam. Zreszta nawet gdybym
            chciala, to nie bylo komu, bo tatusiek nie chcialby sie nim zajmowac. Wiec tez
            problemow nie bylo z przynaniem opieki.
            Chcesz opinii o matkach oddajacych dzieci? Dla mnie cos jest z nimi nie tak,
            niezaleznie od powodow, jakie nimi kieruja. Co nie znaczy, ze za wszelka cene
            powinny udowadniac, ze sa w porzadku i meczyc dzieci tylko po to, zeby pokazac
            swiatu, ze potrafia, skoro z ojcem bedzie dzieciom lepiej.
    • joasia8 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 19:05
      Jestem ciekawa czy zdecydowałybyście się oddać dziecko

      a co to znaczy oddać?dziecko nie jest rzeczą i do nikogo nie należy
      ma ojca i matkę,rodziców równoprawnych(przynajmniej teoretycznie),a nie
      wlaściecieli
    • iziula1 Re:Farfale, 28.03.05, 19:12
      po pierwszym poscie sądziłam,że naprawde rozważasz temat.Ale juz Twoje
      odpowiedzi na powyższe posty upewniły mnie,że tak naprawde nie chodzi Ci o
      uzyskanie naszej opinii.
      Prawda?
      Nawet nie wyczuwam gotowosci do rozważania tematu.Bo Ty juz masz własne zdanie
      na ten temat.
      Prawda?
      Więc po co pytasz?
      Pozdrawiam.
      Iza
      • kangurzyca2 Re:Farfale, 28.03.05, 19:38
        Ale niesamowite, że kobieta, która jest matką może traktować dziecko jak
        rzecz.Farfale przyznałaś tylko, że ojciec (jak mniemam waszego dziecka) jest
        lepszym rodzicem niż ty. Życzę dużo szczęścia i miłości...... dziecku
        oczywiście.
        • iziula1 Re:Farfale, 28.03.05, 19:44
          Kangurzyco, Farfalle może wcale nie ma dziecka , moze ten cały watek jest tylko
          prowokacja która pozwoli jej uzewnetrznic własny światopoglad.
          Może ona potrzebuje tego aby wyrzucic z siebie cos co jej doskwiera?
          A moze nie jest kobieta?

          Jesli żle się domyślam to przepraszam.
          Ale jeszcze raz podkreślam,że nie ma sensu stawiac pytań skoro z góry ma sie
          określone stanowisko w danej sprawie.
          Iza
    • olkit Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 20:37
      Owszem, gdybym była pewna, że tatuś się zajmie dobrze dzieckiem i nie będzie
      utrudniać kontaktów to czemu nie... Dla przyczyny każdej - po prostu ja np. nie
      dorosłam do macierzyństwa i musiałam się z nim zmierzyć z ogromnym trudem.
      Gdyby ew. tatuś zajmował się dzieckiem dobrze i gdyby mu to dawało radość i
      satysfakcję, to uznałabym, że tak lepiej dla dziecka. Tak się nie stało - to ja
      jestem samotną mamą a nie on samotnym tatą... więc rozważam sprawę czysto
      teoretycznie smile
      Pozdrawiam
      Olka
    • virtual_moth Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 28.03.05, 21:18
      Tak, gdyby dziecko było nastoletnie i chciało zamieszkać z ojcem, a ja miałabym
      możliwość zabierania dziecka do siebie.
      Tak, jeśli dziecko jest małe, ale to ojciec głównie się nim zajmował - był na
      urlopie wychowawczym, podawał butelkę od urodzenia itd. Tyle że ja
      prawdopodobnie nie dopuściłabym do sytuacji, kiedy to facet zajmuje się
      dzieckiem, a ja pracuję.

      Nie potępiam jednak kobiet, którym biologia pozwala na "luz psychiczny", aby
      stać się tylko tą zarabiającą, a nie niańczącą.

      Pzdr
    • osett Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 29.03.05, 23:05
      Dlaczego miałabym rozważać oddanie ? Żaden z powodów wymienionych (dla kariery,
      wolności,
      > podróży, nowej miłości, stypendium, kolejnych studiów)nie wchodzi w grę.
      Decydujac sie na dziecko rozważyłam kształt swojego przyszłego zycia - zycia
      matki. I choc być moze ciężej znaleźć miejsce na wymienione aspekty zycia z
      dizeckiem u boku (a czasem to niemozliwe w ogóle) brałam to pod uwage w
      momencie podejmowania decyzji. Hmm... i gdyby mój mąż nie zostawił mnie, dając
      tym samym szansę na rozważania czyby go codziennym wychowaniem dziecka nie
      obarczyc - nie wpadłabym na podobny jakosciowo pomysł oddania dziecka - babci,
      cioci czy wykwalifikowanej niańce.
      poza tym ja kocham dziecko miłością która cieszy sie z każdej minutki spedzonej
      razem i nigdy w zyciu z żadnej bym nie zrezygnowała.
      pozdrawiam

      i jednak mam nadzieje ze to prowokacja...
    • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 00:42
      farfalle
      Dla mnie sprawa jest jasna - dziecko jest obojga rodziców.
      Zazwyczaj jeśli są podnoszone jakieś powody dla których jeden z rodziców nie
      zgadza sie na pobyt dziecka u drugiego z rodziców - to te powody (zazwyczaj)
      wynikaja ze wzajemnej nienawiści, a nie różych aspektów dobra dziecka.
      Ze natura nie dała facetom przywileju bycia w ciąży - to nie powód aby
      pozbawiac ich współpraw do opieki nad dziackiem.

      Każde z rodziców ma co najmniej współprawa do tego, chyba że chce ich sie
      zrzec. Zrzeczenie sie swoich praw nie uważam za głupotę - ale często za większy
      wyraz dojrzałości niż walka o te prawa.

      Matka która oddaje swoje dziecko - nie jest głupia tylko boleje (jesl jest
      dojrzała) albo czyni odpowiedzialnie (jeśli jest do bycia matka niedojrzała).
      Czasami bywa to jedyne słuszne rozwiązanie.
      • darcia73 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 08:33
        Nigdy nie powierzyłabym wychowania mojego dziecka mężczyźnie. Kiedy dziecko
        jest małe bardzo potrzebuje matki, jest to uwarunkowane
        biologicznie, "naturalny" bieg rzeczy. Oczywiście ojciec tez jest potrzebny,
        ale matka jets niezbedna. Dziecko do pewnego momentu życia, myśli, ze jest z
        nią jednoscią. To dlatego,z e kobieta jest w ciązy, karmi piersią, w jej
        organiźmie przodukowane sa odpowiednie hormony, które powodują, ze matka jest
        nastawiona tylko na dziecko. Kiedy dziecko dorasta potrzebuje juz innych osob w
        swoim otoczeniu, w tym coraz ważniejszą rolę odgrywać zaczyna ojciec, ojczym i
        inni mężczyźni. Ojciec, który wychowuje dziecko (nie wdowiec, nie porzucony
        przez matkę) wydaje się być facetem "bez jaj" z podwyższonym poziomem
        estrogenów lub człowiekiem z silnym "poczuciem" własności (tzn. MOJE dziecko i
        ja je będe wychowywał) a matka, która oddaje dziecko musi być kobieta z
        podwyższonym poziomem testeronu, czyli prawie mężczyzną albo osoba z
        zaburzeniemi emocjonalnymi lub psychicznymi. Biologia to siła. Nie
        przeszkoczysz jej. NIc nie zastąpi prawdziwej matczynej miłości. Wiem przeciez
        jak kocham swoja mamę i jak ona kocha mnie.
      • darcia73 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 08:36
        myslę, ze osoby które są za "oddaniem" małego dziecka to ojcu, to albo
        mężczyźni, albo macochy (niektórym np. dla Milchy proponuję aby oddały swoje
        dzieko ojcu) albo osoby niedojrzałe. Normalna matka tak silnie kocha swoje
        dzieko, że nie wyobraża sobie życia bez niego.
        • kangurzyca2 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 14:41
          bardzo dobrze powiedziane: normalna matka tak silnie
          kocha swoje dziecko, że nie wyobraża sobie życia bez niego.
          Widac farfale nie kocha.
      • pwrzes Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 14:51
        kini_m napisał:
        > Dla mnie sprawa jest jasna - dziecko jest obojga rodziców.
        > Zazwyczaj jeśli są podnoszone jakieś powody dla których jeden z rodziców nie
        > zgadza sie na pobyt dziecka u drugiego z rodziców - to te powody (zazwyczaj)
        > wynikaja ze wzajemnej nienawiści, a nie różych aspektów dobra dziecka.

        Udowodnisz te teze?
        > Ze natura nie dała facetom przywileju bycia w ciąży - to nie powód aby
        > pozbawiac ich współpraw do opieki nad dziackiem.

        Przepraszam bardzo, ale jak zamierzasz karmic niemowlaka ... piersia? Jestes
        hermafrodyta?

        M.
        • kraxa555 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 16:04
          oj matki,matki
          Az strach pomysleć,ze z takich fajnych maluszków wyrosną kiedyś takie zgagi jak
          wy
          • pwrzes Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 16:18
            kraxa555 napisała:

            > oj matki,matki
            > Az strach pomysleć,ze z takich fajnych maluszków wyrosną kiedyś takie zgagi
            jak

            Kolejny analfabeta/analfabetka funkcjonalny/a, ktory/a nie potrafi po postach
            sprawdzic plci przedpiszcy.

            M.
        • e_r_i_n Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 12:53
          pwrzes napisał:

          > kini_m napisał:
          "Dla mnie sprawa jest jasna - dziecko jest obojga rodziców.
          Zazwyczaj jeśli są podnoszone jakieś powody dla których jeden z rodziców nie
          zgadza sie na pobyt dziecka u drugiego z rodziców - to te powody (zazwyczaj)"

          > Udowodnisz te teze?

          Ta teza bywa prawdziwa i nie jest tak trudna do udowodnienia (tyle, że dotyczy
          raczej rozstających się małżeństw, a nie kobiet, które dzieci wychowują same od
          początku).
          Dowód: jeśli przez x lat małżeństwa ojciec zajmował się dzieckiem przez kilka
          godzin dziennie, czy też wyjeżdzał z dzieckiem na kilka godzin/dzień/weekend,
          a po rozstaniu kobieta nie chce się na takie coś (czytaj: taką formę spotkań)
          zgodzić, bo nie jest pewna, czy ten sam przecież facet będzie się dzieckiem
          dobrze umiał zająć i czy nie zrobi mu krzywdy, to nie kieruje się raczej dobrem
          dziecka. Dwa zastrzeżenia: nie mówię o niemowlaku - ale to juz powinno jasno
          wynikać z tego, co napisałam i o sytuacji, gdy była jakaś przerwa w spotkaniach
          i dziecko się z ojcem musi oswoić - ale wtedy takie ograniczenie, zakładając,
          że kobieta kieruje się dobrem dziecka, powinno być czasowe, nie stałe.
          • pwrzes Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 23:18
            e_r_i_n napisała:

            > Ta teza bywa prawdziwa i nie jest tak trudna do udowodnienia (tyle, że
            dotyczy
            > raczej rozstających się małżeństw, a nie kobiet, które dzieci wychowują same
            od
            >
            > początku).

            Teze sie udowadnia albo nie. Ja chce dowodu tezy postawionej przez mojego
            przedpisce a nie dowodu nowej, ktora sobie wymyslilas. Probuj dalej, dziecko.

            BTW mialas ignorowac moje posty erin/wertig/waweel/kika80/domali - to juz
            (oprocz oklamywania/oszukiwania innych) sama siebie teraz oklamujesz/oszukujesz?

            M.
    • kkokos Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 16:31
      wiecie co, jesteście OBRZYDLIWE.
      Farfalle po prostu spytała. Dowiedziała się w odpowiedzi, że sam fakt
      rozważania pomysłu, iż jej dziecko będzie wychowywał ojciec, powinna zostać
      wytarzana w smole i w pierzu.
      tiaaa, rzeczywiście nie wolno mieć innego zdania na tym forum, bo zabiją... I
      co gorsza zabrzmiało to tak, jakby chciały zabić, bo ktoś ośmielił się uznać,
      że a) uważa swojego byłego za dobrego ojca, b) ma odwagę nie traktować własnego
      macierzyństwa jak poświęcenia i najgłębszego sensu życia. Rozumiem, wiele osób
      rekompensuje sobie "tą najsłodszą istotką" wszelkie życiowe porażki. Na
      szczęście nie jest to model obowiązujący, choć jak widać trzeba mieć odwagę, by
      się do tego innego modelu przyznać...
      Mam wrażenie, że tu się ujawnił właśńie ten problem - stosunek samodzielnych do
      miejsca macierzyństwa w ich własnym życiu. Dziewczyny, nie podchodźcie do tego
      histerycznie! Czy naprawdę wam potrzebne myślenie "cierpię od życia, cierpię od
      tego sukinsyna, co mnie z dzieckiem zostawił, ale moje cierpienie poświęcam
      mojemu dziecku! a te, co tak nie robią, to szmaty". Nawet post pelagi, którą
      zwykle cenię za to, że mocno stoi na ziemi, tak zabrzmiał!!!
      Skąd ta wasza pewność, jak ktoś nie prezentuje takiej postawy, to jego dziecko
      będzie nieszczęśliwe?????
      Uważam, że nie ma nic nienormalnego (ani niemoralnego) w układzie "ojciec
      wychowuje, matka jest na dochodne" - oczywiście pod warunkiem że ten ojciec
      jest taki, jak w swoim poście napisała farfalle. To rzadkie i farfalle miała
      szczęście w nieszczęściu. Zazdrościcie jej tego??
      Matka na dochodne może być znacznie lepszą matką niż kurczowo trzymająca synka
      za rękę, myśląca za niego i usuwająca mu każdy pyłek spod stóp. Jak ktoś tak
      nie robi, to nie znaczy, że nie kocha swojego dziecka.
      Wcale nie uważam, by farfalle była nienormalna, by była dziwką, że "taka matka
      to nie matka".
      A kangurzycę to ja z kolei wytarzałabym w pierzu. Głupia, ograniczona, wredna
      baba i tyle.
      A czy ja oddałabym swoje dziecko ojcu? Półtoraroczniaka na pewno nie. Mój syn
      jest jednak juz w trzeciej klasie. Gdyby jego ojciec był lepszym ojcem,
      dbającym, uważnym i empatycznym, gdyby syn miał u niego lepsze warunki
      mieszkaniowe niz u mnie, gdyby mógł tam chodzić do lepszej szkoły niż nasza
      obecna nienajlepsza - czemu nie. Niestety, tak nie jest. Nie mam zaufania do
      swego eksa, mam za to poczucie, że dziecku będzie lepiej ze mną.
      Ale to nie znaczy, że te dwie kobiety, które w życiu poznałam, a których dzieci
      mieszkały ze swoimi ojcami, odsądzam z tego powodu od czci i wiary.

      • ania_rosa Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 16:57
        Kkokos, ja myślę, że masz wiele racji, a zarazem, że w tym temacie w ogóle nie
        ma czegoś takiego jak "racja".
        Czas pokazał, że Eks zona i Next żona są w stanie się dogadać- i to nawet
        stojąc po przeciwnych stronach barykady (mówię o początkach "macoch", które to
        początki były dość krwawewink, a i Eksie im nie odpuszczały). Co więcej: okazało
        się, że nieliczni samodzielni ojcowie przeszli od krewkich komentarzy do
        wartościowych, rzeczowych postów. Parę Eksi z wojowniczek zmieniło się w
        mediatorki. Parę macoch z tryskających jadem zmieniło się w urocze
        forumowiczkiwink To wszystko pokazuje, że panta rheiwink POkazuje też, że w
        większości, po wyciszeniu emocji, jesteśmy w stanie znajdywac płaszczyzny
        porozumienia.
        Jednakże temat macierzyństwa, a szczególnie "czy matka oddająca dziecko na
        wychowanie komuś innemu- ojcu, babci, kuzynce, jest dobrą matką" jest-
        przynajmniej dla mnie- tematem, w którym porozumienie się jest bardzo trudne, o
        ile w ogóle możliwe.
        Bo macierzyństwo jest jedyną rzeczą, która nas na tym forum łączy. Nie
        samotność- przecież część z nas jest już next, część samotna się nie czuje,
        inna część rozpoczyna nowe życie. Natomiast każda z nas ma dziecko. To dziecko
        jest paszportem do innego swiata. Możemy pluć sobie w brodę za własną glupote,
        złe wybory zyciowe, niewłasciwych meżczyzn... Ale nasze dziecko/dzieci
        pozostają świętością, którą starałyśmy się ocalić z tego morza bagna, jakie
        stało się naszym udziałem. I dlatego możemy podważac tu sobie zdrady,
        niezdrady, świństwa, nieświństwa, ale macierzyństwa nie podważymy.
        I nie sądzę, aby akurat do tej kwestii możnaby zastosować chłodny dystans.
        Samotna matka jest akurat osobą, która w tej materii może być szczególnie
        radykalna. Bo ona wie, do czego może być zdolny rodzic, aby pomóc swojemu
        dziecku. Ile z nas nie dostaje alimentów, dorabia na czarno, zyje z rodzicami
        (i żegna niezależność oraz honor) i robi to w imię czego? Siebie? Owszem,
        siebie również, ale przede wszytskim dziecka. Bo gdyby nie dziecko, to mozna
        dać w długą za granicę, pracować na dwa etaty i zarabiać na mieszkanie,
        rozpocząć życie z "czystym kontem"... Jest się sobie sterem, okrętem i
        żeglarzem. Nie trzeba wydeptywac ścieżek w MOPSie, zaciskać pasa, łykać
        komentarzy znajomych. Można zarywać noce i piąć się po szczeblach kariery.
        A jednak nie- część dziewczyn odrzuca takie możliwości,bo są MATKAMI.
        Ja przepraszam z góry za patos- ale kiedy komuś tak się układa zycie, to
        zaczyna rozumieć dogłębnie słowo "poświęcenie". I nie żal mu się poświęcac, bo
        poświęca się dla wartości najwyższej: własnego dziecka.
        I dlatego- jak sądzę- matka, która wybiera wolność zamiast obowiązku nie
        znajdzie tu zrozumienia.
        Rosa
        • kangurzyca2 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 17:23
          Dokładnie: matka, która wybiera wolność zamiast obowiazku nie znajdzie tu
          zrozumienia, a dodam jeszcze, że znajdzie tu POTĘPIENIE!!!!
          • virtual_moth Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 17:39
            kangurzyca2 napisała:

            > Dokładnie: matka, która wybiera wolność zamiast obowiazku nie znajdzie tu
            > zrozumienia, a dodam jeszcze, że znajdzie tu POTĘPIENIE!!!!

            E tam. Przesaaaaaadzaszwink.
        • virtual_moth Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 17:33
          ania_rosa napisała:

          > Bo ona wie, do czego może być zdolny rodzic, aby pomóc swojemu
          > dziecku. Ile z nas nie dostaje alimentów, dorabia na czarno, zyje z rodzicami
          > (i żegna niezależność oraz honor) i robi to w imię czego? Siebie? Owszem,
          > siebie również, ale przede wszytskim dziecka. Bo gdyby nie dziecko, to mozna
          > dać w długą za granicę, pracować na dwa etaty i zarabiać na mieszkanie,
          > rozpocząć życie z "czystym kontem"... Jest się sobie sterem, okrętem i
          > żeglarzem. Nie trzeba wydeptywac ścieżek w MOPSie, zaciskać pasa, łykać
          > komentarzy znajomych. Można zarywać noce i piąć się po szczeblach kariery.
          > A jednak nie- część dziewczyn odrzuca takie możliwości,bo są MATKAMI.
          > Ja przepraszam z góry za patos- ale kiedy komuś tak się układa zycie, to
          > zaczyna rozumieć dogłębnie słowo "poświęcenie". I nie żal mu się poświęcac,
          bo
          > poświęca się dla wartości najwyższej: własnego dziecka.

          > I dlatego- jak sądzę- matka, która wybiera wolność zamiast obowiązku nie
          > znajdzie tu zrozumienia.

          Rosa, dzięki za ten fragment - jest opisem mojego życia... Mieszkanie z mamusią
          bez większych szans na uzyskanie samodzielności póki Ala jest mała, czasami
          wbrew własnej godności, sprawy sądowe o wyszarganie 200 zł alimentów których i
          tak nie zobaczę, stanie w kolejkach po zasiłki do MOPSu (teraz już nie, ale był
          taki okres, gdy załatwiałam, że przez kilka miesięcy byłam stałym gosciem mopsu
          w załatwianiu zasiłków, które należą mi się i córce jak psu buda), niemożność
          ułożenia sobie życia na nowo - bo nie każda babcia lubi niańczyć wnuczkę
          podczas gdy jej matka lata na randki. Zresztą, nie musi niańczyć, to jasne.
          I rzeczywiście jest to jakieś poświęcenie, podporządkowanie CAŁEGO swojego
          życia córce. Jednak ja to traktuję w kategoriach tego, że taka moja karma, mój
          los, a pewna jestem, że w każdej sytuacji znalazłabym swoje miejsce. Asymilacja
          to funkcja inteligencji, a ja bardzo inteligentna jestemwink


          I tu się nie zgodzę z Tobą, Rosa. Właśnie dlatego, ze WIEM jak niekiedy trudno
          jest być samotną matką małego dziecka ZROZUMIAŁABYM kobietę, która powierzyłaby
          główną opiekę nad dzieckiem ojcu (jeśli mieszkaliby blisko siebie i matka
          mogłaby dziecko zabierać często do siebie). Sama za zadne skarby bym tak nie
          zrobiła, ale jest we mnie sporo zroumienia dla kobiet, które wybrałyby inną
          drogę.

          Pzdr
      • kangurzyca2 Re: kkokos 30.03.05, 17:20
        ty kkokos powinnaś chyba wrócić do szkoły podstawowej, bo albo jesteś tak
        głupia jak się wypowiadasz albo chciałaś mnie sprowokować. Dla mnie matka,
        która oddaje półtoraroczniaka komukolwiek, a sama jest na dochodne to masz
        rację to nie matka i dz.... To jest moje zdanie i uszanuj to
        imbecylko!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
        • virtual_moth Re: kkokos 30.03.05, 17:44
          kangurzyca2 napisała:

          > ty kkokos powinnaś chyba wrócić do szkoły podstawowej, bo albo jesteś tak
          > głupia jak się wypowiadasz albo chciałaś mnie sprowokować. Dla mnie matka,
          > która oddaje półtoraroczniaka komukolwiek, a sama jest na dochodne to masz
          > rację to nie matka i dz.... To jest moje zdanie i uszanuj to
          > imbecylko!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

          Ups <oczy jak pinpongi>

          A co powiesz na matkę, która MUSI zostawić dziecko z ojcem, aby pojechać np. za
          granicę za chlebem, bo w Polsce nie ma dla niej pracy?
          Albo co powiesz na matkę 4-miesięczniaka, która wraca do pracy po 10 godzin na
          dobę i widuje malca tylko godzinę-dwie dziennie?

          Nie każda ma możliwość zamieszkania np. u swojej matki (tak jak ja) i czasami
          zmuszona jest powierzyć opiekę nad dzieckiem ojcu. Ja nie potępiałabym takiej
          matki, o ile ojciec byłby na tyle sensowny, żeby umożliwiać jej częste
          zabierani małej do siebie. Potrzeban byłaby też przeprowadzka blisko ojca.

          Pzdr
          • kangurzyca2 Re: kkokos 30.03.05, 18:03
            A ja taką matkę potępiałabym, bo po co jest ojciec, skoro matka musi jechać za
            granicę za chlebem. To strasznie zaradny mąż. Gratuluję. Bo ja bym chyba
            zabrała dziecko hen daleko, jakby mój facet siedział sobie w domciu, a ja bym
            jechała na drugi koniec świata. No ale bywaja i takie kobiety. Ich wybór. To
            moje zdanie i go nie zmienię. Zresztą jesteś w mniejszości.
            • kammik Re: kkokos 30.03.05, 18:50
              Nie jest w mniejszosci, tylko nie kazdemu sie chce zabierac glos w dyskusji,
              gdzie zamiast dyskusji jest obrzucanie obelgami.

              Jak rozumiem, kangurzyco, dla ciebie o wiele lepszym wyjsciem jest zabranie
              dziecka "hen daleko" niz powierzenie opieki nad nim ojcu. Gratuluje.
              Czy ja bym powierzyla opieke nad moim synem jego ojcu? Nie. Po prawdzie to i z
              chomikiem bym tego nie zrobila.
              Czasem przeciez rzeczywiscie to ojciec jest bardziej wydolny wychowawczo niz
              matka. Nie wszystkie kobiety po urodzeniu dziecka staja sie sfokusowanymi na
              bąblu osobnikami. Czy ty znaczy ze sa gorsze? Nie, sa inne.

              Niestety, znam tylko jedna matke, ktora po rozstaniu z ojcem dziecka zostawila
              go przy ojcu. Pisze "niestety" bo nie jest to najszczesliwszy przyklad. Ta
              kobieta byla, jest i bedzie matką fatalną, niezaleznie od odleglosci, jaka ją
              dzieli od swojego dziecka.
              • griffon R Jestem w szoku 30.03.05, 22:22
                Czytam i własnym oczom nie wierze ,a jednak piszecie że ojuciec tez może wychowywac dziecko.
                • kammik Re: R Jestem w szoku 30.03.05, 22:25
                  A kysz!
                  • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 23:35
                    darcia:
                    "... jest to uwarunkowane biologicznie, "naturalny" bieg rzeczy"
                    - To o czym piszesz to instynkt macierzyński a nie jakakolwiek miłość.

                    darcia, kangurzyca2:
                    "Normalna matka tak silnie kocha swoje dzieko, że nie wyobraża sobie życia bez
                    niego"
                    - To też nie ma nic wspólnego z miłością tylko z uzależnianiem (Miłość jest dla
                    niego, a nie ... bez niego).

                    pwrzes:
                    "Przepraszam bardzo, ale jak zamierzasz karmic niemowlaka ... piersia? Jestes
                    hermafrodyta?"
                    - Przyczytaj początek wątku - chodzi o 1,5 roczne dziecko, w tym wieku juz się
                    kończy karmić piersią. Nawet roczne dziecko to juz nie taki niemowlak -
                    spokojnie można rozważyć większościową opiękę ojca.

                    kkokos - krzepiąco piszesz, cieszę się, tylko nie tarzaj ludzi

                    ania_rosa
                    "To dziecko jest paszportem do innego swiata. [...] I dlatego- jak sądzę-
                    matka, która wybiera wolność zamiast obowiązku nie znajdzie tu zrozumienia"
                    - Mam wrażenie jakbyś macierzyństwo traktowała jako cel, a to uprzedmiotawia
                    dziecko. A dziecko od momentu poczęcia jest już autonomiczna osobą - już w
                    brzuszku mamy.
                    W twoich słowach czuje jakby macierzyństwo było ważniejsze od podmiotowości
                    dziecka - a stąd juz tylko krok do konfliktu z ojosctwem.

                    virtual_moth
                    "podporządkowanie CAŁEGO swojego życia córce. Jednak ja to traktuję w
                    kategoriach tego, że taka moja karma, mój los, a pewna jestem, że w każdej
                    sytuacji znalazłabym swoje miejsce. Asymilacja to funkcja inteligencji, a ja
                    bardzo inteligentna jestem"
                    - Do dziecka trzeba sie dostosować a nie podporządkować. Boję się że za kilka(-
                    nascie) lat takie podporządkowanie córce wyjdzie z ciebie jako wypominanie jej
                    twojego poświęcenia. Obawiam się że jeśli nie zadbasz o swoje zycie tylko o
                    wieczne poświęcenie to prędzej czy później wyjdzie to z ciebie w sposób
                    konfliktowy - w stosunku do podmiotu poświęcania, czyli córki.
                    • chalsia Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 30.03.05, 23:49
                      - Do dziecka trzeba sie dostosować a nie podporządkować. Boję się że za kilka(-
                      > nascie) lat takie podporządkowanie córce wyjdzie z ciebie jako wypominanie
                      jej
                      > twojego poświęcenia. Obawiam się że jeśli nie zadbasz o swoje zycie tylko o
                      > wieczne poświęcenie to prędzej czy później wyjdzie to z ciebie w sposób
                      > konfliktowy - w stosunku do podmiotu poświęcania, czyli córki.

                      Na wczesnym etapie rozwoju dziecka dostosowanie się do niego = podporządkowanie
                      dziecku. Jak w takim razie określić np. fakt, że rodzice wożą po pracy dziecko
                      na np. basen na 45 minut? Nie jest to podporzadkowanie się dziecku (jego
                      potrzebom - na jedno wychodzi)?
                      I mylisz podporządkowanie z poświęceniem, a zwłaszcza z wypominaniem tego
                      poświęcenia w przyszłości. To nie są terminy jednoznaczne.
                      Chalsia
                      • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 00:22
                        chalsia
                        Na jakim wczesnym etapie rozwoju dziecka dostosowanie się do niego =
                        podporządkowanie? - Zawsze trzeba umiec o siebie zadbać, czy dziecko ma 6
                        miesięcy czy 6 lat, czy 16 lat.
                        Małe dziecko - mały kłopot, duze dziecko - duży kłopot. Jeśli rodzic sobie nie
                        umie radzic przy małym dziecku (tu: zadbac tez o siebie, oddać dziecko czasem
                        ojcu, jesli nie ma to dziadkom) to co bedzie gdy dziecko większe i większe
                        kłopoty - "zarżnie" się przy nim.
                        Jak nie umiesz przy małym współgrać to przy większym będzie z ciebie gdera,
                        cierpiętnik, albo i przmocowiec.

                        Człowiek niestety nie Bóg i ma taka naturę że za poświęcenie chce odwdzięczenie
                        (niestety często właśnie od dziecka) - a jeśli jest zrównoważony i umie zdrowo
                        kochać to znajdzie i czas na siebie. Ale jesli nie umie odczepic sie od dziecka
                        na krok to wtedy to ten rodzic ma jakieś problemy (podporządkowanie, przewaga
                        instynktu nad miłością).

                        Podałaś dobry przykład: Jak w takim razie określić np. fakt, że rodzice wożą po
                        pracy dziecko na np. basen na 45 minut?
                        - Jak rodzic głupi to będzie czekał na dziecko na stołku (czy gdzie tam przez
                        te 45 min) i się "poświęcał". A ja wybrałem razem z córką na basen chodzić -
                        proste?.
                        To jest dostosować się a nie poświęcić. Takie poświęcanie to bardziej
                        nieumiejętność w dostosowywaniu, wspólnym prowadzeniu życia, łączeniu. Taki
                        rodzic zamiast szukac wspólnoty z dzieckiem chce się "sprawdzać" - i to z
                        czasem może wyjść burzliwie.
                        A jak rodzic się wstydzi razem z dzieckiem na basen chcodzić (tylko czeka na
                        nie 45 min)- to niech nie nazywa tego poświęceniem - bo to perfidne oszustwo.
                        • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 00:23
                          ...a byc może juz tez przemoc psychiczna.
                          • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 00:43
                            PS: to nie ja myle podporządkowanie z poświęceniem. Te słowa "virtual_moth"
                            pisała jednym tchem obok siebie.
                            Więc proszę przeczytaj uważnie do czyich (wyraźnie to opisuję) słów sie
                            odnosiłem .

                            Można oczywiście rozważać te oba znaczenia - ale na poziomie wykonawczym mają
                            one zazwyczaj takie samo przełożenie - a mianowicie brak współdziałania z
                            dzieckiem oraz ukrycie w tych słowach wyrzeczeń z których do końca nie jest się
                            zadowolonym.
                          • ania_rosa Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 00:46
                            Kini
                            podsumowałeś nasze wypowiedzi w duchu psychologicznej analizy. Mnie osobiście
                            to nie leży i to z wielu powodów. Także z tego, że to czyni nas przedmiotem tej
                            dyskusji, a nie podmiotem.
                            Odniosę sie jednak do Twojej wypowiedzi skierowanej bezpośrednio do mnie:

                            • pwrzes Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 09:11
                              Wtrace sie miedzy wodke i zakaske, ale czlowiek nie jest nigdy autonomiczna
                              istota. Pomijam przypadek zycia na bezludnej wyspiesmile

                              M.
                              PS. Kwantyfikator uzyty z premedytacjasmile
                              • ania_rosa Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 13:02
                                Pwrzes- to ja Ci odpowiem między wódką, a zakąską. Określenie "autonomiczny"
                                jest używane przeze mnie nieco metaforycznie. Oznacza wyposażenie dziecka w
                                takie umiejętności, które zapewnią mu autonomię. Czyli nie mówimy tu o
                                autonomii biologicznej w sensie: płód jest autonomiczny- bo, bez macicy nie
                                przetrwałby, podobnie jak ludzki noworodek autonomiczny w takim sensie nie
                                będzie. Autonomię rozumiem tu bardziej globalnie: jestem w stanie przetrwać,
                                zatroszczyć sie o siebie, zdobyć jedzenie, utrzymanie, zaspokoić potrzeby
                                wyższe i niższe, podjąć współpracę z innymi ludźmi. W tym rozumieniu okazuje
                                się, że czyjaś autonomia ZAWSZE wyrasta na cudzym OBOWIĄZKU: jesli jestem
                                autonomiczny to dlatego, że w swoim czasie ktoś mnie zsocjalizował, wychował,
                                wykształcił itd.
                                Bo- wychodząc z założenia czystej logiki i filozofii- człowiek nie jest i nie
                                bedzie istota autonomiczną (tak jak to napisałeś). I dlatego wywoływanie w
                                ogóle pojęcia autonomii- jak zrobił to Kini- jest dla mnie nieporozumieniem.

                                Rosa
                        • chalsia Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 00:37
                          Cały czas mieszasz TRZY pojęcia: dostosowanie, podporządkowanie, poświęcenie.
                          Podporządkowanie nie oznacza, że rodzic nie dba o siebie i nic dla siebie nie
                          robi.
                          Chalsia

                          PS. jest różnica między wspólnym chodzeniem na basen a np. wożeniem dziecka na
                          basen na trening (albo na gimnastykę korekcyjną, albo na angielski). Nie zawsze
                          są w okolicy warunki by w ciągu tych 45 minut wyskoczyć na zakupy czy do
                          fryzjera (cokolwiek). Czeęto jedyne co pozostaje, to poczytać. To tez jest coś
                          dla siebie, jednak gdyby nie dziecko (i podporzadkowanie się jego potrzebom)
                          jego rodzic by tam nogi nie postawił/nie siedział i robił coś "fajniejszego"
                          dla siebie.
                          • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 01:00
                            "...Wożeniem dziecka na basen, na trening, na gimnastykę korekcyjną, na
                            angielski."
                            To w wiekszości fanaberie rodziców.
                            Zdaję się że te rzeczy są dziś już zapewnione w szkole (korekcyjna, angielski,
                            w naszych czasach nie było basenu a dzis jest obowiązkowy na wf w którejś
                            klasie) a w ponadpodstawowym wymiarze to takie "zapewnienie rozwoju (w
                            cudzysłowiu)" dziecku częściej wg wizji rodziców a nie własnych potrzeb
                            dziecka. A na treningi to raczej nieco starsze dzieci - które już same sobie
                            umią tam pójść.

                            Jeśli zapewniasz takie działalności dziecku - to sądzę że chcesz ustawiac
                            dziecku zycie wg własnej wizji - a to juz nie jest miłość.
                            Ale jesli chcesz mu coś zaproponować od siebie (ja brałem np. na zawody na
                            orientację, i całkiem fajnie to było z dzieckiem) - to ze swoją własną
                            przyjemnością, a nie z poświęceniem czy podporządkowywaniem.

                            Nie preferuje w ten sposób zapewniac dziecku tzw "startu" w życiu - to nie
                            najlepszy sposób.
                            Daj nawet coś mniej ambitnego - ale od siebie własnego.
                            • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 02:03
                              Przepraszam Rosa jesli sprawiłem wrażenie że kogoś uprzedmiotawiam - ale
                              odnoszę się do tego co napisane (siłą rzeczy niejako do nadawcy) - poprzez
                              odniesienia umiem przedstawiać swoje stanowisko.

                              Co do ewentualnego konfliktu macierzyństwo - ojcostwo: to nie ukrywam że
                              odnoszę to do swojej sytuacji (odgradzania od własnego dziecka) a konkretnie do
                              bycia w obliczu utartego stereotypu "przypisania dziecka do matki",
                              uprzywilejowania obyczajowego macierzyństwa - którym gra się przeciwko mojej
                              więzi z dzieckiem.
                              Co do twojej subiektywnej części opini:
                              Dla nie ma sensu rozumienie/nierozumienie ojców którzy nie umią wychować - po
                              prostu nie umieją i tyle. Matek które przedkładaja własne spełnienie nad
                              obowiązek - mają taka potrzebę i tyle.

                              Z punktu mojej osobistej sytuacji to mogę powiedzieć że takie sytuacja:
                              - to na szczęście tylko połowa nieszczęścia, lub
                              - to niestety tylko połowa sukcesu
                              - a właściwie dobrze że aktywnie nie szkodzą dziecku.
                              Staram się aby szklanka była w połowie pełna więc:
                              - jeśli matka matka ma potrzebę spełniania się życiowego a dziecku jest mozliwe
                              zapewnienie dobrej alterantywnej opieki to nie widzę sensu rozwodzenia się nad
                              jej poczuciem macierzyństwa.

                              Ale jest dla mnie jeden istotny powód przemawiający za poparciem takiego ruchu -
                              myślę że lepiej aby dziecko widziało zadowolną życiem matkę choć rzadziej -
                              niż z wyłażącymi z niej niepewnościami, frustracjami, nieumiejętnościami ale na
                              codzień.
                              I w kontekście tej myśli uważam że takie postąpienie może być zbliżone do
                              prawdziwego dobra dziecka.
                            • ania_rosa Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 02:07
                              Kini, wybacz, ale mieszasz strasznie.
                              Czytając Twój post miałam wrażenie, jakbys koniecznie chciał udowodnic
                              poprawność postawionej przez siebie tezy przez co wpadłeś w pułapki absurdu.
                              Wychowywanie dziecka- jak sam zapewne w gruncie rzeczy Wiesz- nie polega na
                              stawianiu precyzyjnej linii demarkacyjnej między "robię to dla siebie i swoich
                              kompleksów" i "robię to dla radości swojej i dziecka". Człowiek by się zachetał
                              chcąc analizować każde działanie pod kątem ukrytych przesłań psychologicznych.
                              A poza tym te przesłania to jakaś bzdura. Przypomina mi to jednak ślepą wiarę w
                              czerń i biel, z tym że tutaj będziemy się bawić w grę pt. "angielski- juz
                              przegięcie; gimnastyka rehablitacyjna- jeszcze mieści się w normie". Podzielimy
                              sobie aktywnośc dziecka na aktywnośc uzasadnioną i nieuzasadnioną z różnych
                              punktów widzenia. Niebawem dojdziemy do ściany- czy też Ściany Płaczuwink-, bo
                              pojawi się kwestia co np. z rehabilitacją dziecka? Niby to żadne wydziwianie,
                              bo zalecił lekarz, ale w końcu my sami nie czerpiemy z tego osobistej radości-
                              więc poświęcenie czy nowoczesne rodzicielstwo?
                              Lecę tu- jak widac- skrótami, ale powiem szczerze, że sama idea dzielenia zycia
                              rodzica i dziecka na takie naiwne podzespoły oszołomiła mnie intelektualnie.
                              Idźmy dalej: ojciec, który jest fotografem i kupuje dziecku aparat:
                              zakompleksiony oszołom, czy fajny facet z pasją?
                              Matka, która dowozi dziecko na angielski- ani chybi sama ma braki językowe i
                              usiłuje je rekompensować poprzez dziecko, prawda?
                              Piszesz, że nieco starsze dzieci same mogą już wybierać sobie aktywności i na
                              nie uczęszcz... Jestem litościwa, więc nie będę się czepiać technicznej strony
                              tego zagadnienia (np. puśc ośmiolatka na basen oddalony o 10 km, co wymaga
                              jazdy dwoma autobusami i ma miejsce w dużym mieście), ale małe pytanie
                              logiczne: jak ośmiolatek, który do tej pory nie miał możliwości uczenia się
                              angielskiego, gry w szachy, tenisa (cokolwiek) będzie mógl podjąć decyzję o
                              swoich potencjalnych zainteresowaniach? Sytuacja tego wyboru przypomina mi
                              nieco nasz dobry, stary PRL, gdzie w toalecie zasadniczo mogłeś wybierac między
                              szarym papierem toaletowym, a "Trybuną Ludu"- zakładając naturalnie, że
                              akurat "rzucili" papier do sklepów. Istotą dokonania wyboru jest możliwość
                              wybrania z jakiejś puli. Dziecko, które nigdy się nie zetknęło z np. pływaniem,
                              nie będzie mieć zielonego pojęcia, czy to pływanie lubi i czy ewentualnie
                              chciałoby chodzic na basen. Tak więc ja osobiście postrzegam to w ten sposób,
                              że przedstawiamy dziecku kilka możliwości- a potem niech samo decyduje, co je
                              kręci, a co odstręcza. Ale jednak trzeba je na ten basen, kort, angielski parę
                              razy zawieźć, aby dac mu jakiekolwiek pojęcie o materii. I idąc tokiem Twojego
                              wnioskowania: to wożenie będzie nadgorliwością o freudowskich korzeniach, czy
                              normalnym podejściem do sprawy?

                              Teraz dalej: ja osobiście czuję duży żal do rodziców, że w swoim czasie myśleli
                              podobnie do Ciebie. A myśleli mniej więcej tak: "ma w szkole minimum- język
                              angielski, basen, gimnastyka, więc nie będziemy się szarpac na dodatkowe
                              zajęcia, co by nie grzeszyć fanaberiami". I nie grzeszyli, acz stać ich było. W
                              związku z tym dopiero jako osoba mocno "letnia" zaczęłam chodzić na zajęcia
                              dodatkowe plując sobie przy tym w brodę, bo moi rówieśnicy już dawno porobili
                              FCE i mieli karty pływackie.

                              Miłoscią jest pokazanie możliwości. Daniem zgody na rozwój dziecka wedle jego
                              własnych potrzeb. Z drugiej jednak strony: trzeba te potrzeby nieustannie badac
                              i weryfikować. Arbitralne osądzenie, co jest dla dziecka dobre (czyli dajemy
                              szlaban na zajęcia dodatkowe, jak to zrobili np. moi rodzice) sytuuje Cię
                              dokładnie po tej strony barykady, z którą tutaj walczysz. Wiesz zapewne o tym,
                              że najwięksi przeciwnicy teorii staja się jej klasykamiwink? Dokładnie o tym
                              piszę: powołujesz się tutaj na koturnowe pojęcia "miłości
                              rodzicielskiej", "dobra dziecka" i "wolności wyboru" nie dostrzegając, że sam
                              tę wolność negujesz już w punkcie wyjścia.

                              Na wszystko jest czas- zarówno na pokazanie kierunku, jak i na obserwowanie,
                              czy ten kierunek "zaskoczy" czy nie. Tej kolejności nie da się przestawić.
                              Piętnastolatek, któremu pokażesz fortepian i powiesz "pójdź dziecię, ja cię
                              uczyć każę" Chopinem już nie zostanie. Pisze to z perspektywy osoby, która
                              chodziła do szkoły muzycznej tylko po to, aby się przekonać, że to nie dla
                              niej. Oszczędziło mi to żalu do otoczenia, że nie dano mi szansy. Owszem,
                              szansę mi dano, a ja podziękowałam uprzejmie. Wybrałam sobie inne rzeczy, ale
                              miałam z czego wybrać.

                              I na ostatek: z całego serca nie zgadzam się z twierdzeniem, jakoby miernikiem
                              słuszności dydaktycznej danej czynności (np. nauki gry na fortepianie) była
                              przyjemnośc własna rodzica. Szczerze? Rodzic, którego dziecko np. gra na
                              skrzypcach ma przerąbane. Musi to dziecko wozić do szkoły muzycznej, odwozić,
                              inwestować w instrumenty, łazić na durne akademie i wynudzać się pod salą
                              ćwiczeń. Ale to nie zmienia faktu, że samo dziecko może być przeszczęsliwe
                              czując się jak drugi Wieniawski. Prawdą jest jednak, że egoistyczna satsyfakcja
                              rodzica jest tutaj żadna. No i o czym ma to świadczyć? O tym, że z definicji
                              nie posyłamy dzieciaka na naukę muzyki, bo to dla nas żadna rozrywka?
                              Reasumując: przedstawiona przez Ciebie w powyższym poście wizja strategii
                              wychowawczej przypomina mi postulat "miec ciastko i zjeśc ciastko". Czyli
                              wychować dzieciaka, ale samemu się przy tym nie narobić specjalnie i jeszcze
                              mieć z tego jakieś osobiste korzyści. Poływac razem w basenie, pobiegac na
                              orientację, może jeszcze jakiś tenis, bo można grać w parze. Niestety angielski
                              już odpada, muzyka tym bardziej, zajęcia plastyczne w ogóle nie wchodzą w grę,
                              a nie daj Boże, jeśli dziecko okaże się zapalonym dżokejem.
                              Tak więc Drogi Chłopie- wierzę w szczerośc Twoich intencji i mniej więcej wiem,
                              że nie miałeś niczego złego na myśli, ale to wszystko się kupy nie trzyma.

                              Rosa
                              • ania_rosa Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 02:12
                                Żle wkleiłam, przepraszam. Ten post powinien być pod odpowiedzią Kini do postu
                                Chalsi.
                                Rosa
                                • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 02:17
                                  o jezu, zanim przecztam to 3 godziny miną...
                              • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 03:32
                                "...ale małe pytanie logiczne: jak ośmiolatek, który do tej pory nie miał
                                możliwości uczenia się angielskiego, gry w szachy, tenisa (cokolwiek) będzie
                                mógl podjąć decyzję o swoich potencjalnych zainteresowaniach?"
                                - No właśnie ja uważam że właściwsze miejsce dla 8-latka jest tam gdzie może
                                sie wyszaleć, wybawić a nie robienie z niego Wieniawskiego (wiem oczywiście
                                żeby zrobić Wieniawskiego trzeba zacząć od wieku 5 lat, nawet 8 to za późno).
                                Ale pomimo podziwu dla wirtuozeri - myslę że dziecku w wieku 8-lat wystarcza
                                dawka skupienia jaką raczą go w szkole, odbierać mu jeszcze czas od
                                podwórkowych zabaw i przyjaciół na kolejne formy nauki w wieku gdy ma szaleć,
                                bawić. Wg mnie ten wiek to nie jest wiek dokładania coraz to kolejnych i
                                kolejnych dawek skupienia, koncentracji, pracowitości, systematyczności. Mam
                                wrażenie jakby chciało sie już 8-latka uczyć dorosłości. (Oczywiście, ale może
                                nie to tempo.)

                                A kiedy ma poznać mozliwości? - Spokojnie, samo bedzie odkrywało świat,
                                podglądało w szkole na ściennych gazetkach, u znajomych, w gazecie,
                                gdzeikolkwiek. Jesli będzie czuło taką potrzebę to będzie zgłaszało chęć na
                                takie zajęcia bez naszego popychania.

                                "...ja osobiście czuję duży żal do rodziców, że w swoim czasie myśleli podobnie
                                do Ciebie, [...] bo moi rówieśnicy już dawno porobili FCE i mieli karty
                                pływackie."
                                - Mam podobną historię - pływac ledwo umiem, język teżbym chciał lepiej.... ale
                                w życiu by mi nie przyszło do głowy żeby miec o to żal do rodziców że na basen
                                wysłali mnie dopiero gdy miałem 16 lat, itp.itd.
                                Niemniej rówieśnicy dziecka mogą (a czasem muszą) być dla mnie istotnym
                                wyznacznikiem w życiu dziecka - dziecko, ba każdy człowiek ma potrzebę
                                utożsamienia z grupą. Więc jesli nawet 5-latek bedzie chciał pod jakimś wpływem
                                pójść na angielski - to go bedę w tym dopingował, ale nawet wiele starszemu nie
                                będę wciskał zainteresowań.
                                No i nie wciągam tu tematu zajęć koniecznych (np. rehabilitacja, choć dla zajęć
                                korekcyjnych to bym dziecko wyganiał jak najwięcej na podwórko itp - bo jesli
                                doszło do wad postawy to pewnie dlatego że za wiele przed telewizorem siedziało
                                itp.)

                                "...dajemy szlaban na zajęcia dodatkowe, jak to zrobili np. moi rodzice"
                                - W żadnym momencie nie mam na myśli szlabanów - wypowiadam się w kontekście
                                popychania dziecka do rozwoju (a nie szlabanów).
                                Uważam że dziecko ma wystarczającą ciekawość świata aby samo stymulować swój
                                rozwój (nie wiem czy użyłem tu najlepszego słowa: stymulować - ale chyba
                                rozumiesz o co chodzi).

                                "...Na wszystko jest czas- zarówno na pokazanie kierunku, jak i na
                                obserwowanie, czy ten kierunek "zaskoczy" czy nie"
                                - Zgadzam się - ja po prostu nie chcę przyspieszac tego czasu, i tyle.

                                Nie oczekuję przyznania racji, zwłaszcza że widzę iż nawet podobne historie
                                naszych umiejętności do czego innego skłaniają.
                                Ja swoje podejście wyrobiłem w trakcie pracy z dzieciakami (sam czasami
                                organizuje zajęcia dla dzieciaków i młodzieży) - nabyłem stąd znacznie
                                większego (niz przeciętny dorosły) zaufania do małego człowieka za niego siebie
                                samego. I stąd mam przekonanie że tak właściwie nie trzeba za wielu decyzji
                                dziecka brać na siebie - właściwie im mniej tym bardziej ono samo uczy sie
                                samodzielności - a będąc bardziej samodzielnym później mniej będzie żałowało że
                                go nie posłano do szkoły muzycznej.

                                PS: W którejś styczniowej 2005 gazecie (Twoje Dziecko, albo Mamo To Ja) jest nt
                                temat artykuł: wychowanie przez podążanie za dzieckiem (taki kontekst artykułu).
                                Chyba trochę odjechaliśmy od tematu....
                                • pwrzes Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 09:06
                                  kini_m napisał:

                                  > - No właśnie ja uważam że właściwsze miejsce dla 8-latka jest tam gdzie może
                                  > sie wyszaleć, wybawić a nie robienie z niego Wieniawskiego (wiem oczywiście
                                  > żeby zrobić Wieniawskiego trzeba zacząć od wieku 5 lat, nawet 8 to za późno).


                                  Na instrumencie muzycznym tez sie mozna wyszalec, chociaz domyslam sie, ze dla
                                  malego brzdaca moze to byc dodatkowy obowiazek niz przyjemnosc - docenienie
                                  wychowania muzycznego przychodzi z czasem, po latach.

                                  > Ale pomimo podziwu dla wirtuozeri - myslę że dziecku w wieku 8-lat wystarcza
                                  > dawka skupienia jaką raczą go w szkole, odbierać mu jeszcze czas od
                                  > podwórkowych zabaw i przyjaciół na kolejne formy nauki w wieku gdy ma szaleć,
                                  > bawić. Wg mnie ten wiek to nie jest wiek dokładania coraz to kolejnych i
                                  > kolejnych dawek skupienia, koncentracji, pracowitości, systematyczności. Mam
                                  > wrażenie jakby chciało sie już 8-latka uczyć dorosłości. (Oczywiście, ale
                                  może
                                  >
                                  > nie to tempo.)


                                  Bez przesady, ot prosty przyklad - nauka gry w szachy (nie zaden klub, w domu) -
                                  to przymus dla ciebie czy nauka przez zabawe planowania, logicznego myslenia,
                                  wyciagania wnioskow, dzialania i ponoszenia konsekwencji tych dzialan?

                                  > - Mam podobną historię - pływac ledwo umiem, język teżbym chciał lepiej....
                                  ale
                                  >
                                  > w życiu by mi nie przyszło do głowy żeby miec o to żal do rodziców że na
                                  basen
                                  > wysłali mnie dopiero gdy miałem 16 lat, itp.itd.

                                  Widzisz, to twoja wersja, ani_rosy inna - jak ocenisz, ktora jest lepsza, nie
                                  da sie.

                                  >Więc jesli nawet 5-latek bedzie chciał pod jakimś wpływem
                                  > pójść na angielski - to go bedę w tym dopingował, ale nawet wiele starszemu
                                  nie
                                  >
                                  > będę wciskał zainteresowań.

                                  Pytanie - a co jesli jakas forma hobby nie jest znana ani Twojemu dziecku ani
                                  jego rowiesnikom - a jednoczesnie moze byc zabawa, rozwijac psychicznie i
                                  fizycznie - nadal nie wspomnisz ani slowa o czyms takim, bo to uznasz za
                                  wciskanie?


                                  > Uważam że dziecko ma wystarczającą ciekawość świata aby samo stymulować swój
                                  > rozwój (nie wiem czy użyłem tu najlepszego słowa: stymulować - ale chyba
                                  > rozumiesz o co chodzi).


                                  Nie chodzi o to by wmuszac, ale by pokazac szersze spektrum mozliwosci, o
                                  ktorych dzieci nie wiedza jeszcze.

                                  > Ja swoje podejście wyrobiłem w trakcie pracy z dzieciakami (sam czasami
                                  > organizuje zajęcia dla dzieciaków i młodzieży) - nabyłem stąd znacznie
                                  > większego (niz przeciętny dorosły) zaufania do małego człowieka za niego
                                  siebie
                                  >
                                  > samego.

                                  Puszczasz na zywiol czy jednak jest to zaufanie "kontrolowane"?

                                  > Chyba trochę odjechaliśmy od tematu....

                                  Normalka, to internetsmile

                                  M.
                                • chalsia Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 09:06
                                  > PS: W którejś styczniowej 2005 gazecie (Twoje Dziecko, albo Mamo To Ja) jest
                                  nt
                                  >
                                  > temat artykuł: wychowanie przez podążanie za dzieckiem (taki kontekst
                                  artykułu)
                                  > .


                                  Tiaaaa, ja tylko z przekąsem zauważę, że taka postawa została w RODK oceniona
                                  negatywnie.
                                  Chalsia
                                  PS. Od razu dodam, że nie będę tego tematu ciągnęła dalej i wyjaśniała.
                    • pwrzes Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 08:51
                      kini_m napisał:

                      > darcia:
                      > "... jest to uwarunkowane biologicznie, "naturalny" bieg rzeczy"
                      > - To o czym piszesz to instynkt macierzyński a nie jakakolwiek miłość.

                      czym dla ciebie jest milosc, ze sparafrazuje apcoha

                      > pwrzes:
                      > "Przepraszam bardzo, ale jak zamierzasz karmic niemowlaka ... piersia? Jestes
                      > hermafrodyta?"
                      > - Przyczytaj początek wątku - chodzi o 1,5 roczne dziecko, w tym wieku juz
                      się
                      > kończy karmić piersią. Nawet roczne dziecko to juz nie taki niemowlak -
                      > spokojnie można rozważyć większościową opiękę ojca.

                      Zwlaszcza jak jest jeszcze karmiony piersia. Dorobisz sobie?

                      Ladnie ominales moje pytanie, ale tak latwo sie nie wywiniesz.

                      kini_m napisał:
                      > Dla mnie sprawa jest jasna - dziecko jest obojga rodziców.
                      > Zazwyczaj jeśli są podnoszone jakieś powody dla których jeden z rodziców nie
                      > zgadza sie na pobyt dziecka u drugiego z rodziców - to te powody (zazwyczaj)
                      > wynikaja ze wzajemnej nienawiści, a nie różych aspektów dobra dziecka.

                      Udowodnisz te teze?

                      Daj dowod albo sie przyznaj, ze walnales kwantyfikatorem jak lysy o sciane.

                      M.
                    • virtual_moth Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 11:08
                      kini_m napisał:

                      > - Do dziecka trzeba sie dostosować a nie podporządkować. Boję się że za kilka
                      (-
                      > nascie) lat takie podporządkowanie córce wyjdzie z ciebie jako wypominanie
                      jej
                      > twojego poświęcenia. Obawiam się że jeśli nie zadbasz o swoje zycie tylko o
                      > wieczne poświęcenie to prędzej czy później wyjdzie to z ciebie w sposób
                      > konfliktowy - w stosunku do podmiotu poświęcania, czyli córki.

                      Chalsia ma rację - mylisz poświęcenie, dostosowanie i podporządkowanie. Nie
                      czytasz dokładnie wątku (np. postu Ani_Rosy, do którego odniosłam swoją
                      wypowiedź) i rezultatem jest totalny bigos pojęciowy, do tego wyciągasz błędne
                      wnioski.

                      Załóżmy jednak, że się "poświęcam". Załóżmy, że w przyszłości moja córka odkupi
                      to traumą, bo będę jej na każdym kroku wypominać moje poświęceniewink
                      Co zatem proponowałbyś w mojej sytuacji? Co oprócz oddania córki ojcu, który ma
                      ją gdzieś?
                      Otóż ja nie mogę zrobić absolutnie NIC oprócz tego, co robię. Samotn amatka NIE
                      MA wyboru, musi podporządkować swoje życie dziecku (mówimy o dziecku które nie
                      ma jeszcze 3 lat). Nie może - jak pisała Rosa - wyjechać nagle za granicę,
                      rozpocząć studiów (jeśli nie ma kasy, a ja nie mam), udzielać się na randkach w
                      celu zarwania jeleniawink
                      Jednak ja nie pisałam, że to dla mnie POŚWIĘCENIE. Przyjęłam to
                      podporządkowanie za naturalną kolej rzeczy w mojej sytuacji. Byłabym idiotką,
                      gdybym nie robiła nic oprócz złorzeczenia na swój los. Sztuką nie jest
                      złorzeczenie, ale znalezienie swojego miejsca w każdej sytuacji, do której
                      świadomie lub nie doprowadziliśmy.
                      Ja nie pisałam, ze się poświęcam. WRĘCZ PRZECIWNIE. Napisałam, że próbuję
                      odnaleźć się w mojej sytuacji i wydaje mi się, że robię to z powodzeniem.

                      >Małe dziecko - mały kłopot, duze dziecko - duży kłopot. Jeśli rodzic sobie nie
                      >umie radzic przy małym dziecku (tu: zadbac tez o siebie, oddać dziecko czasem
                      >ojcu, jesli nie ma to dziadkom) to co bedzie gdy dziecko większe i większe
                      >kłopoty - "zarżnie" się przy nim.

                      Powiem szczerze - uśmiałam sięsmile)) Naprawdę uważasz, że aby zadbać o siebie
                      trzeba podrzucać dziecko ojcu i dziadkom? Hehehehehehwink
                      Sztuką nie jest podrzucanie dziecka, ale ŻYCIE z nim tak, aby i jemu było
                      dobrze, i nam. Randki poczekają, pazury maluję i siedzę na necie, gdy dziecko
                      śpi, a pracuję gdy Mała układa klocki (praca co prawda trwa wtedy dwa razy
                      dłuzej, bo co 5 minut muszę wymyślać zabawy małej, przewijać, karmić itd, ale
                      mam nienormowany czas pracywink. Spotykam się z koleżankami przy okazji spaceru
                      z Małą, na zakupy jadę z Małą i tylko w wyjątkowych sytuacjach Małą zajmuje się
                      babcia.

                      Wierz mi, można podporządkowac swoje życi edziecku i się spełniać, nie tylko
                      macierzyńsko. Mam jednak wrażenie, że Ty o tym nei masz zielonego pojęcia,
                      skoro utorzsamiasz samotną opiekę nad dzieckiem z poświęceniem.

                      Pzdr
    • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 21:34
      "Na instrumencie muzycznym też sie można wyszaleć", itp, itd
      Ale jednak sam "pwrzes" zauważyłeś że docenianie przychodzi po latach, a życie
      dziecka składa się przede wszystkim z chwil, a nie planowania (na lata).
      Zresztą życie dorosłych też sie skałada z chwil.
      Oczywiście że ci którzy patrzą krótkoterminowo muszą sie uczyć też dłuższego
      planowania, i na odwrót ci którzy długoterminowo muszą nauczyc doceniac chwile.

      No... nie krytykuję wychowywania Wieniawskich, Kasparowów, Einsteinów - mówię
      tylko że jak dla mnie ważniejsze jest uczenie doceniania chwil dziecka, bo z
      odległego planowania to często (NIE MÓWIĘ ŻE ZAWSZE) wychodzi zarozumialstwo.

      Zastanawiam się też czy dziecko które stara sie pochwlić przed rodzicem
      zdobytymi na zajęciach umiejętnościami, jesli te zajęcia są sugerowane przez
      rodzica, nie jest pod wpływem przemocy psychicznej? Czy to dziecko czasem
      jednak czuje że, aby zaskarbić uznanie rodzica, wykazuje się w przez niego
      wskazanej dziedzinie. Bo gdyby odmówiło to by poczuło rozczarowanie rodzica -
      taka sytuacja tez jest możliwa i bez naocznego sprawdzenia sytuacji nie jestem
      tu w stanie rozstrzygnąć czy jest tak czy inaczej. Obie sytuacje sa możliwe i w
      tylko w słowach się tego nie oceni.
      Mówię o potencjalnych niebezpieczeństwach - a nie mówię że one już zaszły.

      "..nadal nie wspomnisz ani slowa o czyms takim, bo to uznasz za wciskanie?"
      No... nie wspominam mojemu dziecku o 5 miliardach innych form hobbystycznych, i
      nie mam z tego powodu wyrzutów, a mimo to ma normalny rozwój.
      Może nawet i prezentuję ("wciskam") - ale zawsze w pierwszej kolejności to co
      ja umiem sam prezentować, a nie co ja chciałbym aby ktoś miał prezentowane
      samemu prezentującemu nie biorąc w tym udziału (mówię o kolejności
      prezentowania, a nie jego potwierdzaniu lub negowaniu.)
      Daj nawet coś mniej ambitnego - ale od siebie własnego.
      Jestem turystą - to biorę dziecko na rajd, bawimy się w palenie ogniska,
      maczanie sznurka (wędki) w rzece, budowę szałasu w lesie itp.
      Jesteś szachistą - to baw się z nim szachami.

      Ale lepsze i ważniejsze abys to ty się z nim bawił, a nie odsyłał na kółko
      szachowe. Dla niego potrzebny twój udział, obcowanie, bliskość.
      Dla mnie fajne było jak po zajęciach w zerówce siedziałem u mamy geografa na
      jej lekcjach - niby nudne siedzieć na końcu w zadużej ławce, bo nie mi zwracała
      bezpośrednią uwage tylko starszym uczniom - ale miałem tam jej obcowanie,
      udział.
      A potem jeszcze się interesowałem bardziej geografią i miałem w tym swojego
      konika (nawet z dużymi korzyściami).

      "Puszczasz na zywiol czy jednak jest to zaufanie "kontrolowane"?"
      Jakbys spróbował tego to bys wiedział że te obie rzeczy się przenikają - nie ma
      tu wyraźnej granicy. A do tego byś się jeszcze zdziwił jak umieją wyjść z
      każdej opresji !! Wiem że dla rodzica który patrzy na to z boku może być
      niepokojące - ale z obawowymi wrażeniami nie będę polemizował, jeśli ktoś sam w
      tym nie weźmie udziału.
      Moge tylko dodać że wtedy zaczyna się rozumieć że dzieciaki mają 6 zmysł (i to
      bez wyjątku) znacznie lepszy niz dorośli.
      I niedziwne że dzieciaki chcą wtedy więcej (każdy chce więcej jak mu sie w
      końcu zdejmie smycz braku zaufania - dopiero wtedy się samodzielnie rozwija) -
      wtedy zaczyna z nich wyłazić prawdziwie wielki eksplorator.

      (chalsia) O RODKach nie ma sensu polemizować - jedni spacjaliści umią tam
      zaproponować opiekę naprzemienną a inni uważają że to niedopuszczalne. Opinie
      możesz zebrać takie jakie wolisz.

      No dobra "pwrzes", nie chcę ci uciekać od kwesti karmienia piersią.
      Są dzieci które są karmione piersią do 6-7mies, a są takie które dokarmiane
      piersią do 2 roku. No i co z tego wynika ? A tyle że każda sytuacja jest
      indywidualna - i bywaja takie sytuacje w których u 1 rocznego dziecka kontekst
      karmienia dziecka mlekiem z piersi może juz nie być taki znaczący. Wszystko.

      Nie, tezy: "Zazwyczaj jeśli są podnoszone jakieś powody dla których jeden z
      rodziców nie zgadza sie na pobyt dziecka u drugiego z rodziców - to te powody
      (zazwyczaj) wynikaja ze wzajemnej nienawiści, a nie różych aspektów dobra
      dziecka"
      nie zamierzam udowadniać (i niczego na forum nie zamierzam nigdy udowadniać)
      Mogę tylko dodać truizm: niezgodność i nienawiść idą w parze. Jak nie ma
      nienawiści to się ludzie umieją w najtrudniejszej sytuacji dogadać. To nie jest
      kwestia udowadniania.

      virtual_moth
      Może wyda ci sie bardzo specyficzne co napiszę ale:
      poświęcenie, dostosowanie i podporządkowanie - to może być określenie na jedną
      i tą samą czynność, okoliczność, i wg mnie nie oddaje to sedna opieki nad
      dzieckiem lecz oddaje stan psychiczny osoby operującej tym wyrażeniem.
      Krótki przypadek:
      Jeśli ja moj czas który miałbym na własną regenerację poświęcę dla dziecka aby
      ono sie np. dobrze bawiło - to ja się będę z nim dobrze bawił, choćbym już
      ledwo mógł fizycznie. A wtedy może i nawet przy córce (też mam w twoim wieku
      córkę) po prostu padnę i nie będę przed nią udawał - 2-3letnie dziecko ma już
      trochę wrażliwości na takie okoliczności (o ile było budowane psychicznie przy
      rodzicu który daje pewność psychiczną), pod warunkiem szczerego i asertywnego
      okazania takiego stanu. Ale w takich oklicznościach ja sie jednak z córką razem
      dobrze bawiłem, wesoło choć zmęczony spędzałem czas, itp.
      Z obowiązkami domowymi to samo - o wiele lepsza zabawa jest gdy robi je się z 2-
      3latkiem (choć idą 3x wolniej). Ale można też się nie bawić z dzieckiem w
      pranie, gotowanie, itd - tylko brać na siebie wszystko samodzielnie. Ja jednak
      razem z córką robiliśmy to czynności i ubaw był niezły.
      Z dostosowaniem, podporządkowaniem - tak samo.
      Rosa napisała "I nie żal mu się poświęcac, bo poświęca się dla wartości
      najwyższej: własnego dziecka." - i tu się zgadzam. Ale dodam jeszcze od siebie
      istotną rzecz - ja to robię z radością, bo wspólnota z dzieckiem jest dla mnie
      radością. Zrezygnować z czegoś dla dziecka? Przecież nie z całego życia
      rezygnuję. Tylko że ja nie używam słowa poświęcenie, podporządkowanie - bo to
      oddaje mój negatywny stan ducha, a takiego nie mam. Co najwyżej używam -
      dostosowanie. A staram sie uzywać - dobrze sie bawimy (bo dla mnie największą
      radością jest podpatrywanie dziecka jak nowe rzeczy, okoliczności poznaje,
      odnajduje się) bez względu jakbym był zmęczony, lub stracił jakąś część
      uprzedniego swego życia.

      "Otóż ja nie mogę zrobić absolutnie NIC oprócz tego, co robię. Samotn amatka
      NIE
      MA wyboru" - rozumiem to tak że potrzebujesz takiej zwykłej prywatności dla
      siebie samej. Nie wiem jak to skomentować bo mam tu po prostu inne
      usposobienie. Ja po prostu nie mam takiej potrzeby prywatności. Ja bym i na
      randkę poszedł z dzieckiem tylko trochę to odwrócił - bo będąc samotnym może
      bym sam podrywał dzieciate. Na dziecko też można podrywać. (Trochę tu
      instrumentalizuję dziecko ale chodzi tu tylko o twój kontekst "w celu zarwania
      jelenia;-")

      Zgadza się że jest tu bigos pojęciowy - bo ja oddając dziecku te części siebie
      które przed dzieckiem były tylko moje - nigdy nie nazwę tego poświęceniem,
      podporządkowaniem - bo tak naprawdę to mi sprawia radość. I tyle.

      Ej, no ... virtual_moth nie przecz sama sobie: raz ubolewasz nad trudnościami w
      randkach (przytaczasz słowa Rosy) a kilka zdań poźniej wyśmiewasz oddanie
      czasowe dziecka pod opiekę np. dziadkom. To juz nie wiem z którym problemem się
      właściwie utożsamiasz. (Ustawiać wszystko z obcowaniem dziecka czy mieć czasem
      czas tylko dla siebie.)

      "Wierz mi, można podporządkowac swoje życi edziecku i się spełniać, nie tylko
      macierzyńsko" - oczywiście, ja tylko trochę innych słów uzywam, bardziej
      radośniejszych co do stosunków z dzieckiem, bez patetyzmu.
      Pzdr
      • kammik Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 21:47
        Dzisiaj na moja prosbe syn zaspiewal po niemiecku nową piosenke, ktorej sie
        nauczyl. Czekam na wezwanie z prokuratury o znecanie psychiczne nad dzieckiem.
        • pustulka_75 Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 22:11
          Mój Babolek śpiewa cały czas: "papapapa". W jakim to języku? wink
      • virtual_moth Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 22:01
        kini_m napisał:

        >"Wierz mi, można podporządkowac swoje życi edziecku i się spełniać, nie tylko
        >macierzyńsko" - oczywiście, ja tylko trochę innych słów uzywam, bardziej
        >radośniejszych co do stosunków z dzieckiem, bez patetyzmu.

        Uważam, że obiektywnie moja sytuacja nie pozostawia złudzen (nie wiem jak
        Twoja), dlatego nie ściemniam i nie piszę, że to najlepsze co mnie mogło
        spotkać. Jednocześnie staram sie w tej trudnej sytuacji znaleźć swoje miejsce
        na tyle, abym nie czuła się zgnębiona i nieszcześliwa tym, że samotne
        macierzyństwo determinuje kształt całego mojego życia. Nie mam po prostu
        wyjścia, aby moja córka nie czuła, że się dla niej poświęcam. Ty natomiast po
        tym tylko, że napisałam, iż moja sytuacja jest trudna zawyrokowałeś, że NA
        PEWNO nie czerpię przyjemności z obcowania z córką i będę ją w przyszłości
        obwiniać.
        Reagujesz po prostu jak typowy ex-mąż (choć być moze nim nie jesteś) - jeśli
        matka otwarcie mówi, że jej sytuacja jest ciężka, to na pewno lepiej byłoby,
        aby w ogóle przekazała opiekę ojcu/dziadkom. Nie mieści ci się w głowie, że
        człowiek może odnaleźć swoje miejsce w trudzie życia i czerpać z nigo
        przyjemność pamietając jednocześnie o tym, ze ciężka sytuacja temu być może nie
        sprzyja. Ja staram sie sobie radzić, ale NIGDY nie zapomnę o tym, że można
        lepiej, fajniej, pełniej. I do tego dążę.

        Pzdr
      • pwrzes Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 31.03.05, 23:37
        kini_m napisał:

        > Zresztą życie dorosłych też sie skałada z chwil.
        > Oczywiście że ci którzy patrzą krótkoterminowo muszą sie uczyć też dłuższego
        > planowania, i na odwrót ci którzy długoterminowo muszą nauczyc doceniac
        chwile.

        Jedno nie wyklucza drugiego.

        > No... nie krytykuję wychowywania Wieniawskich, Kasparowów, Einsteinów - mówię
        > tylko że jak dla mnie ważniejsze jest uczenie doceniania chwil dziecka, bo z
        > odległego planowania to często (NIE MÓWIĘ ŻE ZAWSZE) wychodzi zarozumialstwo.

        Hę? Planowanie prowadzi do zarozumialstwa? Mowisz o dziecku czy bedziesz chcial
        to uogolnic tez na doroslych? Prosilbym o rozjasnienie wypowiedzi.

        > Zastanawiam się też czy dziecko które stara sie pochwlić przed rodzicem
        > zdobytymi na zajęciach umiejętnościami, jesli te zajęcia są sugerowane przez
        > rodzica, nie jest pod wpływem przemocy psychicznej?

        Czy pracownik prezentujac pracodawcy wyniki swojej pracy/zainteresowan tez jest
        poddany przemocy psychicznej? Tak, z premedytacja sprowadzam do absurdu by
        wykazac Tobie pulapki takiego myslenia.

        > Mówię o potencjalnych niebezpieczeństwach - a nie mówię że one już zaszły.
        >
        > "..nadal nie wspomnisz ani slowa o czyms takim, bo to uznasz za wciskanie?"
        > No... nie wspominam mojemu dziecku o 5 miliardach innych form hobbystycznych,
        i
        >
        > nie mam z tego powodu wyrzutów, a mimo to ma normalny rozwój.

        Nie twierdze, ze nie ma normalnego rozwoju. Twierdze, ze pokazywanie (co nie
        jest oczywiscie tozsame ze zmuszaniem) pewnych form "zajec" nie jest
        wciskaniem. Dziecko skorzysta badz nie, ale bedzie je znalo i wiedzialo o tym.

        > Może nawet i prezentuję ("wciskam") - ale zawsze w pierwszej kolejności to co
        > ja umiem sam prezentować, a nie co ja chciałbym aby ktoś miał prezentowane
        > samemu prezentującemu nie biorąc w tym udziału (mówię o kolejności
        > prezentowania, a nie jego potwierdzaniu lub negowaniu.)

        Nie odwazylbym sie "wcisnac" dziecku, cos czego nie znam/nie potrafie - dziecko
        raz dwa to zauwazy i jeszcze szybciej "pokona" smile

        > Jestem turystą - to biorę dziecko na rajd, bawimy się w palenie ogniska,
        > maczanie sznurka (wędki) w rzece, budowę szałasu w lesie itp.

        A czyli jednak, pokazujesz cos o czym dziecko lub jego rowiesnicy moga nie miec
        pojecia/nie mieli sposobnosci sie dowiedziec.


        > Ale lepsze i ważniejsze abys to ty się z nim bawił, a nie odsyłał na kółko
        > szachowe. Dla niego potrzebny twój udział, obcowanie, bliskość.

        Nie czytales uwaznie, wyraznie zaznaczylem o grze w domu, nie w domu kultury
        czy innym klubie.

        > "Puszczasz na zywiol czy jednak jest to zaufanie "kontrolowane"?"
        > Jakbys spróbował tego to bys wiedział że te obie rzeczy się przenikają - nie
        ma
        >
        > tu wyraźnej granicy. A do tego byś się jeszcze zdziwił jak umieją wyjść z
        > każdej opresji !!

        To zalezy od formy aktywnosci. Ja akurat mam taka, ze nie pozwolilbym pojsc
        dzieciom bedacym pod moja opieka na zywiol, bo to mogloby sie dla nich skonczyc
        tragicznie. Mi samemu sie zdarza popelniac czasem glupie bledy ale mam
        partnera, z ktorym sie nawzajem kontrolujemy. Z dziecmi tak juz sie nie da (na
        poczatku).

        > No dobra "pwrzes", nie chcę ci uciekać od kwesti karmienia piersią.
        > Są dzieci które są karmione piersią do 6-7mies, a są takie które dokarmiane
        > piersią do 2 roku. No i co z tego wynika ? A tyle że każda sytuacja jest
        > indywidualna - i bywaja takie sytuacje w których u 1 rocznego dziecka
        kontekst
        > karmienia dziecka mlekiem z piersi może juz nie być taki znaczący. Wszystko.

        O, teraz juz lepiej, dziekuje smile

        > Nie, tezy: "Zazwyczaj jeśli są podnoszone jakieś powody dla których jeden z
        > rodziców nie zgadza sie na pobyt dziecka u drugiego z rodziców - to te powody
        > (zazwyczaj) wynikaja ze wzajemnej nienawiści, a nie różych aspektów dobra
        > dziecka"
        > nie zamierzam udowadniać (i niczego na forum nie zamierzam nigdy udowadniać)
        > Mogę tylko dodać truizm: niezgodność i nienawiść idą w parze. Jak nie ma
        > nienawiści to się ludzie umieją w najtrudniejszej sytuacji dogadać. To nie
        jest
        >
        > kwestia udowadniania.

        No to dales mi sie podpuscic w klasyczny sposob smile Slowo "zazwyczaj" bylo tu
        kluczowe. Ot, takie czepialstwo z mojej strony wink Gdybys napisal "bywaja takie
        sytuacje" to bym to przyjal bez zmruzenia oka, jak napisales "zazwyczaj" to
        zadam dowodusmile

        I dlaczego nie zamierzasz niczego udowadniac na forum? Czyli rzucasz swoja teze
        i mam ja przyjac jako dogmat? Nic z tego, przekonuj mnie do swoich racji ...
        przez ich dowiedzenie.

        M.
    • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 01.04.05, 01:13
      "virtual_moth"
      Nie chciałbym być w twojej sytuacji. Przyznaję to. Nie ma co udawać że sobie
      wyobrażam twoją sytuację - bo nie jest łatwo się wyobrazić w takich
      okolicznościach gdy nie można liczyć na drugiego rodzica.
      Nie, nie miałem zamiaru zawyrokować po twoim stwierdzeniu że masz trudną
      sytuację. Zaznaczyłem tylko że cenię sobie omijanie patetycznych słów - ale to
      moja osobista specyfika. Bo zawsze staram się cieszyć (też formą słowa) przy
      wysiłku którego cel jest jasny.
      Końcem poprzedniego wpisu chciałem zaznaczyć że wszyscy może nie tak bardzo
      wiele sie różnimy się w wartościach - a jedynie inaczej wyrażamy.

      Nie chcę też mówić co komu sie mieści w głowie - starm sie mówić o swojej
      głowie.

      "pwrzes" Mówiąc o zarozumialstwie w planowaniu za drugą osobę (dziecko) - myslę
      konkretnie o niebezpieczeństwie przedkładania wizji rodzica ponad wyczucie
      aktualnych potrzeb dziecka.

      Wiesz - co do przemocy psychicznej wczoraj się dowiedziałem że ciche mówienie
      jest przemocą (jak chcesz wiedzieć czemu porozmawiaj ze specjalistą). Więc
      właściwie przemoc można zidentyfikować tam gdzie jest wywieranie wpływu na
      drugą osobę. A powinieneś chyba wiedzieć że wpływ staramy się wywrzeć na wiele
      sposobów których nawet sami nie identyfikujemy.

      Nie zamierzam udowadniać z powodu tego co stwierdzam czytając forum.
      A mianowice zazwyczaj/bywają takie sytuacje (ale w moim odczuciu raczej jednak
      zazwyczaj, ale zaznaczam że to odczucie) że: ludzie na forum w większości piszą
      żeby: a) znaleźć potwierdzenie swojej opcji myslenia, b) dać ujście trudnościom
      które ich spotykają.
      Lecz aby znależć potwierdzenie opcji przeciwnej czyli zmienić przekonanie to
      już rzadko zauważyłem a może wcale nie zauważyłem (choć niedługo śledzę forum -
      ale nawet na niewielkiej próbie widac rozkład).
      Bo jeśli dochodzi do pewnych własnych zmieniających odkryć to: a) poza forum a
      na forum tylko już jest oznajmienie tej zmainy, b) pod wpływem wielu
      przeczytanych wypowiedzi będących sprzecznymi z dotychczasowym myśleniem
      czytelnika. Ale rzadko kiedy pod wpływem jednego udowodnienia.
      Po prostu moje osobiste stwierdzenie tu - lepiej dać więcej różnorodnych
      sygnałów niż jeden wywód naukowy.
      A poza tym forum nie ma mozliwości byc obiektywne, może się udzielać złudna
      logika, więc w takich warunkach udowadnainie to rzecz wątpliwa.
      To jest przede wszystkim forum zbioru odczuć a nie zbioru dowodów.
      • pwrzes Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 01.04.05, 09:42
        kini_m napisał:

        > "pwrzes" Mówiąc o zarozumialstwie w planowaniu za drugą osobę (dziecko) -
        myslę
        >
        > konkretnie o niebezpieczeństwie przedkładania wizji rodzica ponad wyczucie
        > aktualnych potrzeb dziecka.

        A to tu sie zgodzesmile

        > Wiesz - co do przemocy psychicznej wczoraj się dowiedziałem że ciche mówienie
        > jest przemocą (jak chcesz wiedzieć czemu porozmawiaj ze specjalistą). Więc
        > właściwie przemoc można zidentyfikować tam gdzie jest wywieranie wpływu na
        > drugą osobę. A powinieneś chyba wiedzieć że wpływ staramy się wywrzeć na
        wiele
        > sposobów których nawet sami nie identyfikujemy.

        Czyli cale zycie stosujemy przemoc psychiczna lub jestesmy jej poddawani? Nie
        jestesmy na bezludnej wyspie. Cos ta teoria nie za bardzo sie trzyma.
        Co do cichego mowienia (moglbys rozwinac BTW?) - sciszenie glosu jest doskonala
        metoda zwrocenia uwagi na to co mowimy (pomijam przypadki gdy zwracamy sie do
        osoby niedoslyszacej).

        > Nie zamierzam udowadniać z powodu tego co stwierdzam czytając forum.
        > A mianowice zazwyczaj/bywają takie sytuacje (ale w moim odczuciu raczej
        jednak
        > zazwyczaj, ale zaznaczam że to odczucie) że: ludzie na forum w większości
        piszą
        >
        > żeby: a) znaleźć potwierdzenie swojej opcji myslenia, b) dać ujście
        trudnościom
        >
        > które ich spotykają.
        > Lecz aby znależć potwierdzenie opcji przeciwnej czyli zmienić przekonanie to
        > już rzadko zauważyłem a może wcale nie zauważyłem (choć niedługo śledzę
        forum -
        >
        > ale nawet na niewielkiej próbie widac rozkład).

        Wlasnie niewielka proba/specyfika forum/niedlugo sledzisz forum obalaja Twoje
        wnioski. I chce dowodu na Twoje twierdzenia, bo to sa Twoje tezy - albo je
        potrafisz dowiesc albo sobie je rzucasz i chcesz bym przyjal to jako aksjomat -
        nic z tego, parafrazujac "tu jest internet, tu sie walczy" wink

        > Bo jeśli dochodzi do pewnych własnych zmieniających odkryć to: a) poza forum
        a
        > na forum tylko już jest oznajmienie tej zmainy, b) pod wpływem wielu
        > przeczytanych wypowiedzi będących sprzecznymi z dotychczasowym myśleniem
        > czytelnika. Ale rzadko kiedy pod wpływem jednego udowodnienia.

        No po jednym nie, ale nie probujesz mi dac nawet tego jednego.

        > A poza tym forum nie ma mozliwości byc obiektywne, może się udzielać złudna
        > logika, więc w takich warunkach udowadnainie to rzecz wątpliwa.

        Przepraszam ale co rozumiesz przez pojecie "zludna logika". Od kiedy logika
        jest zludna? Postawiles teze A, ja ja podwazam, miej sile ja bronic i dac
        argumenty przemawiajaca za nia. Moze mnie przekonasz.

        M.
    • kini_m Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 01.04.05, 23:56
      "Co do cichego mowienia (moglbys rozwinac BTW?) - sciszenie glosu jest
      doskonala
      metoda zwrocenia uwagi na to co mowimy"
      Właśnie Pwrzes, właśnie! To jest metoda WYMUSZJĄCA zwrócenie uwagi. To jest coś
      znacznie więcej niż tylko zwrócenie uwagi (np. poprzez zaciekawienie). Tutaj
      zwracasz uwagę wymuszeniem skupienia uwagi na tobie (wymuszasz coś dla siebie
      na kimś). Wymuszenie a nie np. zaciekawienie. Też tego jeszcze 3 dni temu nie
      wiedziałem.

      "tu jest internet, tu sie walczy"
      No to spójrz na mnie jak na kobietę - jesli bedziesz walczył to się
      przestraszę, wzrośnie we mnie poczucie zagrożenia, itp.
      Ja w życiu za dużo walczyłem - a za mało patrzyłem na obawy drugiej strony. No
      i poleciałem (walczyłem oczywiście o słuszne sprawy, ale problem w tym że
      walczyłem).
      Co do pisanych przeze mnie tez - niech to bedzie przeczucie wynikające z:
      a) autopsji
      b) innych przekłamujących sytuacji (niesłusznie zwalających winę poza siebie)
      na forum (związane z przykładem poniżej). A życie pokazuje że jeśli nie jesteś
      w stanie określić skali negatywnego zjawiska to powinieneś je zawyżyć niż
      zaniżyć (i wcale nie mówię czy do 10% czy do 90%).

      "co rozumiesz przez pojecie zludna logika?"
      Przykład hipotetyczny aczkolwiek bardzo możliwy:
      : przemocowiec zazwyczaj uważa sie za ofiarę przemocy. Opisuje w ten sposób
      siebie na forum. Wierzysz mu (bo tak wynika z jego opisu), i radzisz mu jaką ma
      postawę przyjąć. W ten sposób dalej utwierdzasz przemocowca w jego własnych
      przekonaniach. No i chcąc pomóc komuś w biedzie mozliwe że swoim poparciem dla
      jego osoby tylko jeszcze utwierdzasz przemoc w jego rodzinie. Chciałeś pomóc a
      pogorszyłeś. Oczywiście odpowiedzialności na siebie nie weźmiesz no bo ..... to
      tylko internet.

      "Wlasnie niewielka proba/specyfika forum/niedlugo sledzisz forum obalaja Twoje
      wnioski"
      No dobrze, to jeszcze dodam że obserwacja z próby potwierdza się z obserwacją z
      życia.

      Dobra a teraz muszę lecieć, bo mam nocke w lesie.
      • pwrzes Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 02.04.05, 00:14
        kini_m napisał:

        > "Co do cichego mowienia (moglbys rozwinac BTW?) - sciszenie glosu jest
        > doskonala
        > metoda zwrocenia uwagi na to co mowimy"
        > Właśnie Pwrzes, właśnie! To jest metoda WYMUSZJĄCA zwrócenie uwagi.

        Kiepski ten specjalista, nawet jesli ja w rozmowie z Toba scisze glos, to
        mozesz mnie kompletnie olac. Nadal masz wybor sluchac - nie sluchac (na forum
        mnie wrzucic do plonkownicy). Zadnego przymusu nie widze.

        > "tu jest internet, tu sie walczy"

        Ekhm, ekhm, emotikony wstawiam nie od parady tylko w konkretnym celu smile

        > Ja w życiu za dużo walczyłem - a za mało patrzyłem na obawy drugiej strony.
        No
        > i poleciałem (walczyłem oczywiście o słuszne sprawy, ale problem w tym że
        > walczyłem).

        Musialbym dowiedziec sie co rozumiesz przez walke o sluszne sprawy - akurat mam
        przeciwne zdanie niz Ty. O sluszne sprawy sie walczy, nawet do upadlego. Ale tu
        nie bede sie spieral, mozemy miec inne definicje "slusznych praw"

        > Co do pisanych przeze mnie tez - niech to bedzie przeczucie wynikające z:
        > a) autopsji
        > b) innych przekłamujących sytuacji (niesłusznie zwalających winę poza siebie)
        > na forum (związane z przykładem poniżej). A życie pokazuje że jeśli nie
        jesteś
        > w stanie określić skali negatywnego zjawiska to powinieneś je zawyżyć niż
        > zaniżyć (i wcale nie mówię czy do 10% czy do 90%).

        Czyli poruszasz sie w strasznie szerokim spektrum mozliwych sytuacji, jedna
        teza probujesz objac diametralnie rozne zachowania (czy to bedzie 11% czy 89%) -
        dla mnie roznica jakosciowa co najmniej znaczna.

        > "co rozumiesz przez pojecie zludna logika?"
        > Przykład hipotetyczny aczkolwiek bardzo możliwy:
        > : przemocowiec zazwyczaj uważa sie za ofiarę przemocy. Opisuje w ten sposób
        > siebie na forum. Wierzysz mu (bo tak wynika z jego opisu), i radzisz mu jaką
        ma
        >
        > postawę przyjąć. W ten sposób dalej utwierdzasz przemocowca w jego własnych
        > przekonaniach. No i chcąc pomóc komuś w biedzie mozliwe że swoim poparciem
        dla
        > jego osoby tylko jeszcze utwierdzasz przemoc w jego rodzinie. Chciałeś pomóc
        a
        > pogorszyłeś. Oczywiście odpowiedzialności na siebie nie weźmiesz no bo .....
        to
        >
        > tylko internet.

        Raczej dostanie wskazowki na forum jak uniknac przemocy, przejzyj watki: taka
        osoba dostanie rady, ze moze sie udac do domow samotnej matki, gdzie sa miejsca
        gdzie dostanie bezplatnie porade prawna/opieke lekarska etc. Kwestia tego czy
        skorzysta z tych rad czy nie - ale na to zadna osoba nie ma juz wplywu. Jest to
        osoba dorosla i za raczke juz jej nie nalezy prowadzic. To jak z dziecmi,
        pokazujesz rozne opcje - wybor nalezy do tej osoby.

        > "Wlasnie niewielka proba/specyfika forum/niedlugo sledzisz forum obalaja
        Twoje
        > wnioski"
        > No dobrze, to jeszcze dodam że obserwacja z próby potwierdza się z obserwacją
        z
        >
        > życia.

        Mala ta proba - bede sie upieral. Per analogiam w Polsce sa tylko bogacze, bo
        spotykam sie na gruncie zawodowym z osobami, ktore maja "troche" wiecej
        pieniedzy niz typowy emeryt. Moj wniosek jest bledny, tak samo jak i Twoj.

        > Dobra a teraz muszę lecieć, bo mam nocke w lesie.

        Zabrzmialo intrygujaco smile

        M.
    • nimi Re: Czy oddałybyście dziecko ojcu po rozstaniu? 02.04.05, 19:06
      Chyba tylko w jednym przypadku: jeśli faktycznie ojciec potrafiłby w równym
      stopniu co ja (albo i wyższym) zapewnić dziecku opiekę, miłość, odpowiednie
      warunki do rozwoju, mielibyśmy poprawne stosunki (nie zianie nienawiścią i
      umniejszanie drugiego rodzica), a dziecko samo wyrażałoby chęć tego - co w
      przypadku np. kilkunastoletniego syna jestem sobie w stanie wyobrazić.
      1,5 roczne dziecko potrzebuje głównie matki i jeśli jest ona w stanie sprawować
      nad nim opiekę (czyli wyłączając nałogi, choroby psychiczne) to nie było by
      zbyt dobre dla owego dziecka gdyby miało być głównie pod opieką ojca.
      Takie jest moje zdanie...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka