jogo2
11.10.03, 18:58
Do tej pory (czyli przez 15 miesięcy) martwiłam się, czy wytaczać powództwo o
ustalenie ojcostwa i ew. alimenty, teraz problem wydawałoby się rozwiązał się
sam. A jednak nie do końca. Pisałam już wcześniej, że ojciec mojego dziecka
pewnego dnia zjawił się u mnie i zaproponował mi pomoc w jego wychowywaniu,
również pomoc finansową. Do ustalenia szczegółów nie doszło, bo chciałam się
z nim spotkać gdzieś bez dziecka i parę rzeczy sobie wyjaśnić. Najpierw on
nie miał czasu, bo miał dużo pracy, teraz od tygodnia czekam na jego telefon,
przykro mi, bo wygląda na to, że bardziej mi zależy na jakichś ustaleniach
niż jemu. Tymczasem rozmawiałam z prawnikiem od spraw rodzinnych i jakoś
radość z ewentualnej pomocy mi przeszła. Zaczełam mieć obawy, czy nawiązanie
przez niego relacji z dzieckiem, czyli odwiedzanie nas, nie skończy się
jakimiś awanturami, na których najbardziej ucierpi nasz synek. Acha, chciał
jeszcze uznać dziecko. Ja powiedziałam, że nie tak od razu. Z tego co wiem, z
uznaniem wiąże się chyba automatycznie przyznanie władzy rodzicielskiej. Z
rozmowy z prawniczką wynikało, że po pierwsze, nie do pojęcia jest o co
rodzice potrafią się spierać i wchodzić w konflikty (typu prosba jednego z
rodziców do lekarza, żeby nie leczył dziecka, w sytuacji, w której drugi
rodzic wybrał właśnie takiego lekarza i inne przykłady, łącznie z klasycznym
paszportem), po drugie, że tatusiowie dotąd są mili i grzeczni, dopóki nie
zostanie im przyznana władza rodzicielska. Z drugiej strony nie mogę chyba
odwlekać tego uznania w nieskończoność w sytuacji kiedy zgodziłabym się po
pierwsze na jego pomoc finansową, po drugie na widywanie przez niego dziecka.
Byłoby o wiele lepiej gdybym mogła porozmawiać o tym z nim, ale jak do tej
pory nie może się ze mną umówić, a mi nie chce się zabiegać o to spotkanie z
nim. Tymczasem nasza sytuacja finansowa (moja i synka) jest na granicy
wiązania końca z końcem i prawdę powiedziawszy nie wiem, czy mam prawo
odrzucać wkład finansowy zaoferowany przez jego ojca. Tylko, że z tego co
wiem, wiążą się z tym automatycznie kontakty jego z dzieckiem i co za tym
idzie prędzej czy później uznanie dziecka, czyli przyznanie mu takiej samej
władzy rodzicielskiej. Czy nie tak?
Muszę tu wyjaśnić, że nie zamierzam odgradzać dziecka od ojca, tyle, że na
razie mój synek ma 15 miesięcy i nie może wyrazić swojej woli, czy też
tęsknoty za tatą. Gdyby moje dziecko chciało zobaczyć tatę, nie stawiałabym
przeszkód.
Kolejne wyjaśnienie to to, że moje obawy dotyczące konfliktów w związku z
wychowywaniem dziecka mają o tyle podstawy, że kiedy byłam w ciąży naubliżał
mi naprawdę grubiańsko (żeby nie powiedzieć inaczej), ponadto mieszka z
matką, która się nie patyczkuje przy wtrącaniu się do nie swoich spraw.
No i nie wiem, czy trzymać go za to słowo, jego propozycję i chcieć od niego
tych pieniędzy, czy poprzestać na tym, że nie dzwoni, to nie dzwoni i wręcz
nie umożliwiać mu na razie spotkań z synkiem.
Pozdrawiam,
Joanna