Cześć Dziewczyny!
Wczoraj wieczorem wróciłam do mojego domku, do Męża i do normalnego życia.
2 tygodnie szpitalnej rzeczywistości zapewne odcisnęło piętno na mojej
psychice. Szczególnie, że to był jedyny mój pobyt w szpitalu (nie liczę swoich
narodzin).
Doskonale wiecie jak się zaczęło. Oszczędzę Wam powtórzeń. Nadmienię tylko, że
to było dla mnie traumatyczne przeżycie, ale wyszłyśmy z niego z Jagódką
obronną ręką. Jagódka jest wyleczona. Za tydzień jedziemy na kontrolę do
Bródnowskiego. Jest wcześniakiem, więc obowiązują nas trochę inne reguły.
Musimy bardziej na nią uważać i pewne rzeczy kontrolować.
A’propos szpitala. Wspaniała opieka. Naprawdę! Czuje się oddanie i
zaangażowanie głównie lekarzy (z położnymi jest różnie, ale przeważają te
pozytywne). Mogłam pozostać przy córci do końca jej leczenia. Nikt mnie na
siłę nie wypisywał, tak jak w innych szpitalach. Leżałyśmy na dwóch różnych
piętrach i kursowałam między nimi. Po cesarce na początku było mi ciężko, ale
i tak jestem z siebie dumna, bo „zostałam uruchomiona” już po 12 godzinach. To
znaczy wstałam i przeszłam się do toalety. Niektóre kobiety wstają dopiero po
2 dobach. Ja nie miałam wyjścia, Jagódka leżała sama na dole i czekała na
swoją dzielną mamusię. To mi dodawało sił. I mój najukochańszy Mąż, który
wspierał nas obie. Był zaopatrzeniowcem, terapeutą, opiekunem i zdrowym
rozsądkiem dla mnie rozhisteryzowanej mamusi, siedzącej na prawdziwej bombie
hormonalnej.
Za nami noc. Malutka nie chciała spać w wózku. Wylądowała w naszym łóżku.
Wyczuła zapewne zmiany. Musi się powoli przyzwyczaić. Uczymy się siebie
nawzajem i to jest cudowne. Wzruszam się co chwila jak na nią patrzę. Ten
powtarzany od wieków cud narodzin i mi dane było przeżyć. Jestem szczęśliwa

.
Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa. Czytałam je w szpitalu i zastanawiałam się
co się u Was dzieje. Widzę, że coraz więcej z nas się rozsypuje. Wszystkim
życzę szczęśliwych i bezbolesnych rozwiązań.