porod wywolywany w 12 dniu po terminie, w niemieckim szpitalu.
w poniedzialek pojawilismy sie w szpitlu z torba. tam najczesciej powtarzanym
slowem jakie slyszalam bylo - cierpliwosci Frau. co okazalo sie cenna rada.
obejrzeli i stwierdzili, ze nie ma rozwarcia i ogolnie szczelne wszytsko. i
tylko glowka jest tak wcisnieta, ze zepchnela szyjke macicy, za
przeproszeniem, w kat i w zasadzie nie ma do niej dostepu.
mimo to wladowano mi w nia zel na rozwarcie, bo bez tego nie mozna podac
oksytocyny - hormonu wywolujacego skurcze i w efekcie porod.
zel zaczal dzialac, zaczelo bolec jak cholera, najgorzej, ze prawie caly czas
musialam byc podpieta do KTG i musialam lezec. na troche tylko wstawalam i
zdolalismy odebrac moja mame z dworca. wieczorem postep byl minimalny, na
wlasne zyczenie poszlam do domu ze srodkami p.bolowymi i dotrwalam jakos do
rana.
nastepny dzien taki sam, ale gorszy, bo wszystko bardziej bolalo, do tego
nawet najdluzsze i najzwinniejsze palce lekarzy nie mogly dostac do tej
szyjki i ocenic rozwarcia, a probowalo kilku

na noc znowu wyszlam, ale
juz podlamana, bo zaden postep. naszprycowali mnie p.bolowymi i jakos
przetrwalam noc.
trzeciego dnia podpieli mnie juz do oksy i mialam nadzieje, ze juz sie cos
ruszy. podpieta do kropowki i do KTG czekalam na bole i jak sie doczekalam to
pozalowalam, ze jestem w ciazy

sztucznie wywolane skurcze to srednia przyjemnosc niestety, jak odpieli mnie
i mialam swoje wlasne, to bylam szczesliwa, ze tylko tak boli. jak juz mialam
jakies cenne 2 cm rozwarcia polozna wybadala, ze dziecie zle lezy, znaczy
glowak jest mocno wcisnieta, ale nie jest bokiem i przez to nie schodzi w dol
i nie pobudza szyjki do pracy, a wiec po prostu kanal. jak sie nie przekreci
to i tak cesarka.
wiec do masazu szyjki podczas skurczy wywolanych oksy doszly mi specjalne
gimnastyki, aby go przewalic na bok. polozna podwazyla troche glowke, aby
mogl nia ewentualnie ruszyc. dowalai mi jakies kroplowki na rozmiekczenie
szyjki, dawali jakas homeopatie, stosowlai aromaterapie, a ja sie darlam

pod koniec dnia, o 22, odpieta od oksy wylam juz, ze nie dam rady, bo
osiagnelismy jakies 3 cm. przszla do mnie lekarka i polozna i powiedzialy, ze
musi zapasc decyzja. i zaczely mnie namawiac na ostania probe, z obietnica,
ze tak czy siak o 16 w czwartek bede miala dziecko w rekach.
i w sumie do dzis nie wiem jak to sie stalo, ze sie zgodzilam. na noc
podpieli mnie do czegos rozluzniajacego i p.bolowego i troche dalo sie spac.
rano znowu oksy i to bez szczypania sie. a Srol sie obrocil, prawdopodobnie w
nocy. przy 5 cm dano mi zewnatrzoponowe - taki byl uklad, aby dowalic jeszce
wiecej kroplowki.
w ciagu kilku godzin doszlismy do 10 cm, znieczulenie bylo swietnie podane,
czulam skurcze, nie czulam bolu, a w ostaniej fazie przestalo dzialac, wiec
moglam wszytsko kontrolowac i dobrze dotleniac dziecko. juz bolalo jak to
bolec potrafi, ale jakos wyparlam ta zgrabna 35 cm glowke i cala 3.600
reszty. bylam troche nacieta, ale po godzinie bylam w stanie wstac i pojsc
sie umyc. dziecie przenoszone 2 tygodnie, wiec troche wymoczone, ale zdrowe i
dorodne.
w szpitalu pobylam tylko 48 godzin, bo nie moglam jakos sie zrelaksowac i
odpoczac i wyszlam na wlasne zyczenie.
w sumie calosc oceniam pozytywnie, a zwlaszcza szpital, lekarzy i polozne. to
taki szpital, gdzie nacisk na porod naturalny jest silny i jestem im za
wdzieczna, ze sie udalo, bo ja jestem w zasadzie w stuprocentowej formie. ale
najfajniejsze bylo to, ze trafilam na polska polozna, ktora z polska szkola,
a niemieckimi mozliwosciami poprowadzila calosc i odbierala dziecie.
teraz przychodzi do nas i uczy nas jak sie nie szczypac z ta zarloczna beksa.
w sumie sporo sie nauczylam podczas tego maratonu, takze o sobie.
cale te dnie byl ze mna moj maz, ktory bardzo mi pomogl.
no wiec ta opowiescia zegnam sie z forumowiczkami i zycze wszystkiego
dobrego!