Witam,
proszę Was o podpowiedzi - jak sensownie reagować _podczas_ histerii corki,
gdy akurat nie ma mozliwosci przeczekac i zignorować napadu?
Córka jest wrażliwcem i niestety skłonna do długich napadow płaczu, histerii,
rzucania po podłodze - czyli typowy repertuar trzylatka, tyle, że chyba trochę
częściej niz u innych dzieci i trochę dłuższe ma napady wrzasku.
Jakos sobie dotychczas radziliśmy - przeczekiwaniem, systemem nagród,
rozmowami, wyciszaniem, etc.
Ale - trzy tygodnie temu młodej urodził sie brat, no i sie zaczęła - jazda bez
trzymanki. Teraz juz niemal cały czas, gdy corka jest w domu (czyli
nie-w-przedszkolu) - o cos jest awantura. A gdy juz absolutnie nie ma powodu,
bo wszystk jest idealnie po jej mysli - dostaje napadu, że ją swędzi skóra -
ot tak nagle znikąd zaczyna się wić po podłodze, trzec nogami, drapać wściekle
po glowie, że ją swędzi albo ze ma cos w nosie i jej przeszkadza i z taka
zloscia w tym nosie dłubie (oczywiscie nic tam nie ma).
I ja jestem w stanie nawet uwierzyć, że na zasadzie somatyzowania emocji - ona
faktycznie ten świąd odczuwa, ale nie ma on żadnej fizjologicznej przyczyny.
Pół biedy, gdy jest weekend, popołudnie, wieczór - zaś mozna przeczekać,
porozmawiać, etc.
Ale kompletnie jestem bezradna rano, gdy niestety - trzeba wyjść o 6.30
napóźniej. Nie chcemy budzic córki bardzo wczesnie, zeby miec zapas czasu na
jej histerie, wiec nie ma jak przeczekać. Budze ja ok 5.50.
A młoda rano - wiadomo urządza awantury najcięższego kalibru. Przerabialismy
już zignorowanie i wyjście bez sniadania, bo nie zjadla, wyjazd do przedszkola
w niekompletnym ubraniu (no w samych rajtuzach) - bo nie chciala sie
absolutnie ubrac. Troche to bezskuteczne. Czy ja ubiorę czy nie - awantura
jest. Sama sie nie ubierze, chyba ze wstaniemy o 4 rano, przeczekamy histerię
i wyblagamy, zeby sie odziała.Albo wymusimy to na niej krzykiem. To samo ze
śniadaniem. Na dluzsza mete - błagac lub krzyczec - bez sensu, a tylko to
działa (czesciej krzyk niz błaganie).
Wyczerpalam już repertuar reakcji: po dobroci, przytulaniem, nagrodami,
dawaniem wapna, smarowaniem emolientami, fenistilem, ale też i huknęliśmy na
nia raz czy drugi - nic. Tak czy siak - ryk, wicie się, wściekłe drapanie lub
inny dowolny powod (zle spodnie, bluzka, zly kubek, zla kasza).
Domyslam się, że ma to związek z narodzinami brata, ze mała domaga sie uwagi,
rozladowuje napiecie - i ze trzeba bedzie ten okres przetrwac.
Ale co robić rano, gdy awantura a wyjść trzeba? Mam wrażenie że walę gową w
ścianę i nie daję rady z nieustannymi fochami i rykami córki. Co zrobic, zeby
przetrwac i nie zwariowac i nie pokrzywic dziecka naszym miotaniem sie miedzy
gniewem a blaganiem jej zeby przestała? Jestem potwornie zmeczona ciaglym
chodzeniem na paluszkach byle corka nie wybuchła, nic nie moze byc normalnie,
po prostu, awantura, fochy i ryki o najdrobniejsza rzecz. Dzis gdy wyszli z
mezem z domu poplakalam sie z bezradnosci wlasnie
ps. Staramy sie bardzo poswiecac jej maksimum czasu ile sie da, nie obciazamy
jej odpowiedzialnoscia za obecnosc brata, nie kazemy ustapic, bo mlodszy,
jestesmy (ja albo maz) zawsze dla niej ilekroc potrzebuje. Ja troche mniej,
ale staram sie jak moge codziennie pobyc tylko z nia. Co jeszcze moge?