Dodaj do ulubionych

pseudorodzice

18.12.10, 08:34
Są tacy ludzie którzy, zrobią sobie dziecko. Potem będą się strasznie koncentrować na tym dziecku. Analizować każdy jego oddech, ruch. Roztoczą nad nim opiekę, będą dbać o pieluszki, kaszki, ubranka, smoczki. Stają się ekspertami w analizowaniu i dostrzeganiu najmniejszych przejawów uniezależniania się. Jeżeli takie dziecko na przykład będzie chciało jeść samo, to taka osoba na to nie pozwoli, będzie nadal karmić, na siłę. Będzie je ubierać, pakować do szkoły, budzić, planować dzień. Jeżeli takie dziecko podrośnie, przybierze identyczną formę, tylko trochę bardziej zaawansowaną. Będzie „dobrym doradcą” osobą która rozwiązuje jego problemy. Utrzymuje go finansowo. Zacznie go programować. Jednym słowem, są osoby które potrzebują dziecka do tego żeby go od siebie uzależnić. Oczywiście o żadnym wychowaniu (czyli przygotowaniu do samodzielnego życia), nie ma nawet mowy. Po co tym osoba jest to potrzebne. Jeżeli już trafią się komuś tacy pseudo rodzice, (ja mam taką przyjemność). To dla czego nie ma nikogo w szkołach kto by ten problem zdiagnozował i odseparował takiego człowieka od dziecka, wysłał go na leczenie do psychiatryka albo coś. W każdym razie izolował go. Albo nadzorował, nie wiem. A w rzeczywistości siedzi jakaś stara baba, czeka na emeryturę w gabinecie pedagoga i ma wszystko w dupie. I tak naprawdę jak się urodziłeś u zboczeńców to jesteś na nich skazany aż do momentu kiedy uda ci się obudzić, ale większości ludzi w tej sytuacji nigdy się nie udaje.
Obserwuj wątek
    • jakw Re: pseudorodzice 18.12.10, 08:50
      No dobra, starzy nie pozwolili ci rzucić szkoły i iść do pracy?
      • nika1310 Re: pseudorodzice 18.12.10, 10:19
        nie spotkałam się z takim przypadkiem jak opisywany przez Ciebie. Dla mnie pseudorodzic to ktoś kto zrobi sobie dziecko- bo wpadka, albo bo juz wypada bo wszyscy mają, a potem podrzuca to dziecko komus na wychowanie (babcia, niania, złobki) wraca do domu o 19-20 i udaje że wychowuje, ze się zajmuje.
        • srebrnarybka Re: pseudorodzice 18.12.10, 10:22
          potem podrzuca to dziecko komus na wychowanie (babcia, niania, złob
          > ki) wraca do domu o 19-20 i udaje że wychowuje, ze się zajmuje.

          Jasne, lepszy rodzic, który w ogóle nie pracuje i żyje nie wiadomo z czego. Jak Pan Bóg da dzieci, to da i na dzieci.
    • srebrnarybka Re: pseudorodzice 18.12.10, 10:19
      To dla czego nie ma nikogo
      > w szkołach kto by ten problem zdiagnozował i odseparował takiego człowieka od
      > dziecka, wysłał go na leczenie do psychiatryka albo coś. W każdym razie izolowa
      > ł go. Albo nadzorował, nie wiem.

      Dlatego, że obecnie takie zachowanie rodziców uchodzi za ideał. Poczytaj sobie forum. Tu matki oskarżają się same przed sobą i wzajemnie, że są nie dość opiekuńcze, że coś zaniedbały, ze za mało poświęciły uwagi dziecku. Uniwersalnym lekarstwem na każdy problem ma być poświęcenie dziecku więcej uwagi i czasu przez rodziców, wtedy wszystko sie automatycznie rozwiąże, bo jedyne, czego każdemu dziecku brakuje zawsze, to uwagi rodziców, nawet, jeśli problem wynika wlasnie ze zbytniej opiekunczości.
      Sama jestem ofiarą takich uzależniających rodziców i dlatego straszę po tym forum, jak Kasandra, ostrzegając przed tym, jak bardzo takie myślenie może dziecko okaleczyć. Może przez uparte drążenie jakiemuś dziecku pomogę.
      Dzieci trzeba traktować poważnie, i te super poświęcające uwagę matki często tego właśnie nie rozumieją (nie rozumiem, dlaczego Leneczka się obraża, kiedy mówię do niej aniołku, przecież to takie słodkie) i sądzą, że wystarczy, że one dużo czasu poświęcają dziecku, chociaż często dzieci zwyczajnie nie znają.
      Nie wiem, w jakim jesteś wieku, ale dobrze, że zauważyłeś problem. Kup sobie książkę Susan Forward, Toksyczni rodzice i od dzisiaj trenuj. To jest bardzo trudno i okaleczenia pozostają do końca życia, ale im wcześniej zaczniesz trenować, tym lepiej. Powodzenia.
    • longpath Re: pseudorodzice 18.12.10, 18:44
      No cóż, każdy ma swoje problemy. Niektórzy rodzice piją, biją, przez okna wyrzucaja, tyranizują, czasami oddają do domu dziecka. Jnni uzależniają od siebie dziecko. Może nie miałeś rodziców idealnych, fajnych, ale może też nie najgorszych. Nie wszystko można "zwalić" na rodziców. Gdy już człowiek dorośnie i zaczyna myśleć samodzielnie, zdawać sobie sprawę z wad rodziców, z własnych problemów, może zacząć coś z nimi robić. Rodzice nie będą z Tobą przez całe życie. To od Ciebie zależy, kim jesteś, kim będziesz i jaki będziesz. I tego się trzymaj.
      ps. Problemy dzieci to zawsze wypadkowa problemów rodziców, ale w dorosłym zyciu nie można się tym zasłaniać. Taki paradoks.
    • joanka-r Re: pseudorodzice 18.12.10, 21:37
      ale o soooooooo chodzi.
    • magumagu Re: pseudorodzice 19.12.10, 10:19
      Nie wiem ile masz lat, ale może jesteś na etapie usamodzielniania się i ciężko Ci idzie. Najłatwiej zwalić winę na rodziców - nadopiekuńczy- źle, beztroscy - źle, surowi - źle, zbyt pobłażliwi - źle. Ale to Ty jesteś odpowiedzialny za to jak sobie radzisz w dorosłym życiu. Każdy ma jakąś traumę po rodzicach, mniejszą lub większą, wychodzi na to, że najlepiej urodzić, a potem zostawić samemu sobie gdzieś w okolicy 3 roku życia - i co będzie lepiej?
      • zielonyleon Re: pseudorodzice 20.12.10, 12:00
        Mówicie o postawie, zwalić winę na kogoś, żeby nie musieć nic robić. Z wygodnictwa i ignorancji, strachu, czy tam czego jeszcze. Problem polega na tym ze osoba która wzrastała w atmosferze ciągłego, strofowania, narzucania się z wyręczaniem go ze wszystkiego, myślenia za niego, planowania jego dnia itp. doświadcza ogromnego stresu. Zaburza się mu rozwój tożsamości, taka osoba traci motywacje, nie jest wstanie odczuć satysfakcji ze swojego życia, ponieważ nic nie zależy od niego nic nie było jej pomysłem także też nie zależy mu na tym a osiągniecie celu nie przynosi satysfakcji. Jego życie staje się bolesną ruiną, jedyne co może robić to buntować się. Jak się jest dzieckiem nie obwinia się rodziców, obwinia się samego siebie. Wiele lat udręki po to żeby w dorosłym życiu im wybaczyć i wziąć winę na siebie? Mi się wydaje że nie, należy obwinić kogo trzeba i zwrócić uwagę na problem, tylko ze to powinno łączyć się to z deklaracją pracy nad sobą. Duża samoświadomość, samodzielne życie wolne od zależności w najmniejszym stopniu od rodziców, ciężka praca nad reperowaniem, poczucia własnej wartości, zniszczonej przez ich „działanie wychowawcze” i myślę że można spokojne przestać siebie obwiniać za to ze jest trudniej niż innym. W końcu dzieci mają swoje prawa i powinny być wychowywane w atmosferze wolności i szacunku w sposób umożliwiający im prowadzenie dorosłego szczęśliwego życia. Jedni to dostają od życia inni muszą o to walczyć i znosić koszmar żeby potem jeszcze powiedzieć „moi rodzice nie byli idealni ale to w końcu rodzice”. Myślę że ten tytuł im się nie należy.
    • srebrnarybka Re: pseudorodzice 20.12.10, 12:41
      Odpowiedź generalna dla wszystkich. Ani ja, ani Leon, nie próbujemy nigdzie "zasłaniać się" tym, że mieliśmy uzależniających rodziców. Ja krwawo od wielu lat pracuję, by zagoić okaleczenia zadane mi przez rodziców, ale po pierwsze - to bardzo trudne, po drugie - pewnych okaleczeń naprawić sie nie da. Leona nie znam, ale z jego postu także nie zrozumiałam, by szukał na forum jakiegoś usprawiedliwienia.
      Zarówno mój post, jak i post Leona, tak, jak go zrozumiałam, miały na celu zwrócenie uwagi na problem zaborczości rodziców, który jest powszechnie bagatelizowany. O ile gromi się rodziców za to, że nie daj Boże dali klapsa, co ma spowodować traumę do końca życia, za to, że włączą bajkę, zamiast bawić sie z dzieckiem 24 godziny na dobę, za to, że nie usypiają, za to, że nie odrabiaja z dzieckiem lekcji, za to, że poświęcają "za mało uwagi" - to ostatnie to stały tekst stosowany, jak mydło w dominie, niemal do każdej sytuacji, za to, że nie spełniają każdego życzenia, za to, że nie pozwalają dziecku jeść tego co chce, za to, że nie noszą dziecku tornistra do szkoły, za to, że nie odprowadzają do szkoły, za to, że wypuszczą 8latka samego na podwórko pozbawione ruchu samochodowego - horror, zaraz zgwałci pedofil, za to, że zostawią 8 latka samego w domu na godzinę - horron, na pewno podpali mieszkanie, wyskoczy przez okno, wypije rtęć z termometru etc. etc., to bardzo, bardzo rzadko spotykam napominanie rodziców, by pozostawili dzieciom wiecej samodzielności, pozwolili mieć własną inicjatywę, własnych kolegów, nauczyli dzieci tego, że nie zawsze muszą być z rodzicami, że mogą mieć własne pomysły na wiele spraw.
      W czasach, kiedy byłam dzieckiem, a jestem starsza od większości forumowiczek, i tak wymagania wobec rodziców były mniej wyśrubowane. Zatem moi zaborczy rodzice np. nie odrabiali ze mną lekcji, bo w ich środowisku uchodziło to (i słusznie) za ogłupianie dziecka i oduczanie go samodzielnej pracy, nie usypiali mnie, bo nie było wtedy takiego zwyczaju, matka po pacierzu wychodziła z pokoju i gasiła światło etc., ale mimo tego zaborczość rodziców okaleczyła mnie na zawsze. Strach pomyśleć, jakie będzie pokolenie wychowane przez rodziców, którzy uważają za swój obowiązek odrabianie lekcji z dziećmi i nie rozumieją, że zaborczość rodziców moze dziecku wyrządzić takie same szkody, jak bicie, nadmierna surowość czy zaniedbywanie.
      • longpath Re: pseudorodzice 20.12.10, 15:50
        Oczywiście, że zaborczość, nadopiekuńczość, czy jak to nazwać jest problemem, a nawet syndromem naszych czasów, a zwracanie uwagi na ten problem się Wam chwali. Ale zwracając na to uwagę na podstawie swojej własnej traumy, bez uogólnień, sugeruje takiej np. mnie, że osoba, która o tym pisze, przede wszystkim chce rozwiązać swój problem. Stąd mój poprzedni post mówiący o przełamaniu hegemonii rodziców i skupieniu na sobie.
        Oczywiście, że jest to zadanie niełatwe. Pokolenie naszych dzieci (mojej trzylatki) będzie z pewnością pokoleniem jeszcze mniej samodzielnym niż współczesne 20-latki, bo nadopiekuńczość rodziców wzrasta, a zdolnośc empatii maleje. O ile dawniej zaborczość płynęła raczej z cech charakteru konkretnych ludzi, teraz płynie z pewnych stereotypów i lęków. Boimy się coraz bardziej współczesnych zagrożeń dla dziecka, których może nie ma więcej niż dawniej, ale więcej się o nich mówi. A dlaczego tak jest? Bo w rodzicach buduje sie poczucie winy za całe zło, jakie się dziecku może przytrafić. Zaczyna się od prostego: nie karmiła piersią - zła matka. A kończy: trafił do sekty - źli rodzice.
        Jaki program by nie włączyć - rady dla rodziców, supernianie i inne tego typu historie. Może tu tkwi diabeł?
        • srebrnarybka Re: pseudorodzice 20.12.10, 18:02
          Oczywiście, że jest to zadanie niełatwe. Pokolenie naszych dzieci (mojej trzyla
          > tki) będzie z pewnością pokoleniem jeszcze mniej samodzielnym niż współczesne 2
          > 0-latki, bo nadopiekuńczość rodziców wzrasta, a zdolnośc empatii maleje. O ile
          > dawniej zaborczość płynęła raczej z cech charakteru konkretnych ludzi, teraz pł
          > ynie z pewnych stereotypów i lęków. Boimy się coraz bardziej współczesnych zagr
          > ożeń dla dziecka, których może nie ma więcej niż dawniej, ale więcej się o nich
          > mówi. A dlaczego tak jest? Bo w rodzicach buduje sie poczucie winy za całe zło
          > , jakie się dziecku może przytrafić. Zaczyna się od prostego: nie karmiła piers
          > ią - zła matka. A kończy: trafił do sekty - źli rodzice.
          > Jaki program by nie włączyć - rady dla rodziców, supernianie i inne tego typu h
          > istorie. Może tu tkwi diabeł?


          Mniej wiecej to napisałam.
        • magumagu Re: pseudorodzice 21.12.10, 10:51
          Mam spory kontakt z młodzieżą i z jednym się muszę zgodzić - w większości przypadków zdolne, mądre, inteligentne dzieci są raczej hodowane niż wychowywane. Im jest z tym dobrze, gorzej, kiedy przychodzi moment, kiedy samemu trzeba coś zorganizować, przewidzieć, albo, nie daj Boże, samemu wymyślić. Dzieci, które tabunami chodzą na tzw. "zajęcia kreatywne" nie są w stanie samemu coś odnaleźć, wynaleźć, znaleźć rozwiązania, świetnie się natomiast znajdują się w sytuacjach, kiedy trzeba coś rozwiązać na podstawie wtłoczonej w nich przez dorosłych wiedzy bądź umiejętności. Większość dorosłych drażni nieporadność dzieci przy rysowaniu, zabawach, zawsze dążą do udoskonalania możliwości dzieci - albo np. rysując za nich, np. pomagając w kolorowaniu, itp. Albo kupując coraz doskonalsze zabawki, filmy, gry, żeby przypadkiem dziecko nie zaczęło się nudzić. Zgadzam się z tym, że wszyscy powinni trochę przystopować i dać się tym dzieciom trochę ponudzić, zrobić coś nieporadnie, ale np. w towarzystwie rówieśników.
    • juchenka Re: pseudorodzice 20.12.10, 16:38
      Mam takich sąsiadów, a właściwie to matka jest największym problemem. Syn ma 10 lat. Zawsze wychodzi tylko z mamusią, do szkoły odprowadza go mamusia ciągnąc jego tornister na kółkach, na rower wychodzi z matką-ona idzie, a on jedzie obok. Gdy jedziemy razem windą nigdy nie mówi "dzień dobry", nikomu, matka jest nauczycielką, a dziecka nie nauczyła kultury... W tej windzie chowa się mamie za spódnicę i tak za każdym razem. Ojciec się nie wtrąca, ucieka w pracę, a mama ma maskotkę. Ja bym nawet nie zwróciłą na to uwagi, gdyby sąsiadka mi nie zasugerowała, że tutaj coś jest nie tak i zaczęłam się przyglądać. Bardzo żal mi chłopaka bo wygląda na fajnego, mądrego człowieka, gdyby tylko miał możliwość to uwolnić.
      • zielonyleon Re: pseudorodzice 20.12.10, 17:03
        Ciężko pozostać obiektywnym jeżeli problem cie osobiście dotyczy. Zdaje mi się ze każdy ma jakiś szablon rodzica który został wykreowany przez ich własnych rodziców, pewnie stąd się u mnie bierze uogólnianie. Zdaje sobie sprawę że chociażby zaniedbywanie, także przynosi dużo bólu i też jest błędem. Dzieci rodziców rozpaczliwie ochraniających właściwie na pierwszy rzut oka wszystko mają i powinni się tylko cieszyć. Dlatego pewnie wiele osób (np. ktoś kto miał ciągle w rodzinie problemy finansowe i rodziców który tylko na tym się koncentrowali) nie potrafi zrozumieć, jak można jeszcze marudzić, skoro był ktoś kto tak bardzo się toba interesował. Podczas gdy tego typu zachowanie rodzica jest zwykłą przemocą przeciwko dziecku, często mówi się ze znacznie gorszą niż zaniedbywanie. W każdym razie konsekwencje są gorsze. Podobnie jak srebrnarybka pracuje nad tym zagadnieniem od dłuższego czasu, nie obylo się bez wparcia pod postacią terapeuty. Dlatego interesują mnie opinie osób które wchodzą na to forum ponieważ zastanawiają się nad wychowaniem i chcą to robić świadomie. I podobnie jak srebrnarybka zdąłem sobie sprawę że to jest ogromnie trudna praca i rzeczywiście przypomina spacer po szkle. Rodzice kształtują twoją osobowość i w pewnym stopniu jesteśmy na nich skazani. Świadomość obciąża ale daje ci pewne możliwości. Nie łudzę się że oświęcę kogoś. Poza tym zależy mi tylko żebym sam się uratował z tego tonącego statku i nie przekazał tego dalej o wiecej nie mogę prosić.
        • morekac Re: pseudorodzice 21.12.10, 11:15
          „Dzieci wasze nie są waszymi dziećmi. Są synami i córkami tęsknoty Żywota za własnym spełnieniem. Przechodzą przez was, lecz z was nie pochodzą. I chociaż są z wami, nie do was należą".
          • srebrnarybka Re: pseudorodzice 23.12.10, 11:42
            „Dzieci wasze nie są waszymi dziećmi. Są synami i córkami tęsknoty Żywota
            > za własnym spełnieniem. Przechodzą przez was, lecz z was nie pochodzą. I choci
            > aż są z wami, nie do was należą".

            100/100.
            Ale poczytaj forum, to sie dowiesz, że dzieci ma sie po to, by spełnić swoje marzenia, (tzn. rodziców), by miec z kim pójść na zakupy, nie mówiąć już o szklance wody na starość. Szklankę wody pomijam milczeniem, ale dla mnie idea, że rodzi się dziecko dla spełnienia swoch marzeń jest już niedopuszczalna. A co mnie, jako dziecko, obchodzą marzenia moich rodziców i dlaczego rodzice uznali, że ja mam je spełniać, nie pytając mnie o zdanie? Nawet chyba wolę wersję o szklance wody, bo to przynajmniej konkretne zadanie, po którego spełnieniu pozostaje mi jakiś margine własnego życia. A jeśli mam być spelnionym marzeniem rodziców, tzn., że w ogóle nie mam prawa żyć dla siebie. Dla mnie jedynym moralnie dopuszczalnym powodem posiadania dzieci jest dobro tychże dzieci. Oczywiście to dobro nie oznacza spełniania każdej zachcianki dziecka np. 3 letniego, ale dobre wychowanie dziecka tak, by mogło być w życiu szczęśliwe i spełnić swoje marzenia. Ale swoje, a nie rodziców. A rodzice niech sobie do spelniania marzeń kupią psa.
            Cóż, rodziców sobie nie wybieramy. Współmałżonka wybieramy sobie po to, by spełnić swoje i jego marzenia, ale współmałżonek jest w tej luksusowej sytuacji, że musi wyrazić zgodę na to, by spełniać nasze marzenia. Dzieci przed poczęciem nikt o taką zgodę nie pyta, a są przecież o wiele bardziej uzależnione od rodziców, niż współmałżonkowie od siebie.
            • joa66 Re: pseudorodzice 23.12.10, 11:51

              A rodzice niech sobie do spelniania marzeń kupią psa.

              A dlaczego psa krzywdzić? wink

              A poważnie. Mnie zastanawia co innego. Jak wytłumaczyć to, że ludzie z niemal identycznych rodzin, tak samo wychowywanych , tak samo traktowanych , w dorosłym życiu zupełnie inaczej oceniają swoich rodziców.
            • verdana Re: pseudorodzice 23.12.10, 11:57
              Hm.
              Dziecko rodzi się albo z przypadku i zaniedbania ciąży, albo li i jedynie dla spełnienia marzeń swoich rodziców. O dziecku. No, chyba, ze dziecko jest niechciane i jest spełnieniem najgorszych koszmarów. Albo jest urodzone, "bo wypada". Podejrzewam, ze dzieci, które są realizacja marzenia mają lepsze zycie, niż pozostałe. Czym innym jest wymaganie od dziecka, aby spełnialo wymaganie rodziców i realizowało ich model zycia. To sa dwie zuypełnie rózne sprawy, ktorych myliic nie nalezy.
              Posiadanie dzieci dla dobra dzieci jest raczej absurdalne, z wyjątkiem przypadku nieusunięcia wpadkowej ciążysmile
              • srebrnarybka Re: pseudorodzice 23.12.10, 13:04
                Hm.
                > Dziecko rodzi się albo z przypadku i zaniedbania ciąży, albo li i jedynie dla s
                > pełnienia marzeń swoich rodziców. O dziecku. No, chyba, ze dziecko jest niechc
                > iane i jest spełnieniem najgorszych koszmarów. Albo jest urodzone, "bo wypada".
                > Podejrzewam, ze dzieci, które są realizacja marzenia mają lepsze zycie, niż po
                > zostałe. Czym innym jest wymaganie od dziecka, aby spełnialo wymaganie rodzicó
                > w i realizowało ich model zycia. To sa dwie zuypełnie rózne sprawy, ktorych myl
                > iic nie nalezy.
                > Posiadanie dzieci dla dobra dzieci jest raczej absurdalne, z wyjątkiem przypadk
                > u nieusunięcia wpadkowej ciążysmile

                W tej sprawie fundamentalnie sie nie zgadzam. Nie mam czasu na dłuższą polemikę, ale tylko zadam proste, fundamentalne pytanie: dlaczego w ogóle nie dopuszczasz myśli, że w tak ważnej sprawie, jak posiadanie dzieci, ktoś może kierować się dobrem czyimś innym niż swoim własnym? Pomijam kwestie rodzenie dzieci "z przypadku etc.", bo to z pewnością nie zasługuje na moralną aprobatę. Ale dlaczego w ogóle nie dopuszczasz myśli, że można w wyborach życiowych kierować się pragnieniem czynienia dobra komuś innemu, niż sobie?
                I druga kwestia: nie mam nic przeciwko temu, żeby rodzice marzyli sobie o tym, że wychowają dziecko/dzieci, które będą szczęsliwe. Wychowanie dziecka jest z pewnością wielkim dobrem i człowiek przyzwoity zapewne pragnie czynić dobro, więc nie widze nic złego w tym, że o tym marzy. Ale dla mnie to marzenie jest dla mnie dopuszczalne jako marzenie wtórne. Tak, jak np. ksiądz z powolania powinien wybrać ten stan przede wszystkim po to, by okazać miłość Bogu i przyblizać Boga innym ludziom, czyli przede wszystkim dla Boga i bliźnich, co nie wyklucza tego, że może marzyć o radości, jaką da mu np. odprawianie mszy, umożliwiającę głęboka wieź z Bogiem. Przykład niezupelnie od czapy - rodzicielstwo to tez powołanie. Oczywiscie pomijam kwestię księzy, którzy wybierają ten zawod dla kasy i kariery.

                Podejrzewam, ze dzieci, które są realizacja marzenia mają lepsze zycie, niż po
                > zostałe.

                Podejrzewam, że lepsze życie mogą mieć te dzieci, które zostały powołane na ten świat świadomie i odpowiedzialnie, przez rodziców, którzy świadomie zdecydowali się podjąć obowiązki rodzicielske i maja możliwość wychowania dziecka. Moga, chociaż nie muszą, bo niekiedy dzieci niezaplanowane mogą też zmobilizować rodziców do sensownego ich wychowania, a rodzice, którzy powołali dziecko na świat w wyniku świadomej i odpowiedzialnej decyzji mogą, niezaleznie od tej decyzji, popelnic dużo błedów wychowawczych z zupełnie innych powodów.
                Ale świadoma i odpowiedzialna decyzja nie musi oznaczać, że rodzi sie dziecko, bo chce sie mieć taką śliczną córeczkę albo dlatego, że się marzy o tupocie małych stópek. Świadomo i odpowiedzialna decyzja może oznaczać także to, o czym piszę, czyli pragnienie uczynienie dobra poprzez wychowanie szczęśliwego człowieka.
                • joa66 Re: pseudorodzice 23.12.10, 13:15

                  Ale dlaczego w ogóle nie dopuszczasz myśli, że można w wyborach życiowych kierować się pragnieniem czynienia dobra komuś innemu, niż sobie?


                  Jak można czynić dobro komuś kto nie istnieje?

                  Trudno mi też uznać rację, że zachodzimy w ciążę dla dobra dziecka, którego jeszcze nie ma....?
                  • verdana Re: pseudorodzice 23.12.10, 13:20
                    Wobec tego, ze nie da się przewidzieć losow dziecka, rodzenie go 'dla jego dobra" jest co najmniej nierozsadne. Gdyby rodzić dzieci "dla ich dobra' - uznając zarazem, ze nie urodzenie dziecka jest dla potencjalnego dziecka krzywdą należaloby rodzić co roku. Bo inaczej "czyniąc dobro" jednemu, krzywdzi sie parenascie pozostalych potencjalnych dzieci.
                    Posiadanie dziecka "dla jego dobra" musi jednoczesnie zakladać, ze rodzice powinni mu sprzątac pył spod nog. Bo jesli urodzilismy go tylko dla niego - to dziecko nieszczęśliwe jest pomyłką.
                    • srebrnarybka Re: pseudorodzice 23.12.10, 13:48
                      Wobec tego, ze nie da się przewidzieć losow dziecka, rodzenie go 'dla jego dobr
                      > a" jest co najmniej nierozsadne.
                      Ponieważ większość ludzi nie popełnia samobójstwa, nawet jeśli nie są bardzo szczęśliwi, to zapewne jednak uważają, że warto żyć. Sama nie uważam sie za osobę szczęśliwą, ale potrafię wymienić wiele powodów w życiu, dla których warto bylo żyć.
                      Poza tym wiele osób jest nieszczęśliwych nie z powodu zlego wychowania przez rodziców, ale z innych, niezależnych od rodziców i nieprzewidzianych powodów.
                      Natomiast odpowiedzialność i rozsądek nakazują niekiedy powstrzymanie się od powołania na swiat dziecka, jesli istnieje poważne prawdopodobieństwo, że w danych warunkach może być nieszczęśliwe. Dlatego odradza się rodzenie dzieci w rodzinach, gdzie jest duże zagrożenie wadą genetyczną, dlatego ludzie często czekają z powołaniem na świat dziecka do chwili, gdy zdobędą większe mieszkanie itp. Za głęboko niemoralną uważam np. decyzję pewnej znanej mi bardzo świątobliwej osoby, która świadomie i planowo zaszła w ciążę z czwartym dzieckiem w najbliższych tygodniach po awarii w Czarnobylu, kiedy nie było jeszcze oczywiste, że skażenie w Polsce nie było bardzo szkodliwe, a osoba ta była jeszcze w takim wieku, że mogła poczekać np. rok. Ale jej się marzył czwarty dzidziuś już, natychmiast, więc sobie go "zmajstrowała" nie zastanawiając się nad tym, czy dziecko nie będzie chore. I to jest właśnie dla mnie to, o czym piszę: marzenie mamusi było ważniejsze, niż ewentualne dobro dziecka.

                      Gdyby rodzić dzieci "dla ich dobra' - uznając
                      > zarazem, ze nie urodzenie dziecka jest dla potencjalnego dziecka krzywdą należa
                      > loby rodzić co roku. Bo inaczej "czyniąc dobro" jednemu, krzywdzi sie parenasci
                      > e pozostalych potencjalnych dzieci.

                      Na tym polega fenomen przekazywania życia, że dopóki dziecko nie zostało poczęte, to go nie ma, i wobec tego nie powołując się go do życia się go nie krzywdzi, bowiem nie można skrzywdzic kogoś, kogo nie ma. Natomiast motywacje i decyzje rodziców dotyczą dziecka od chwili jego poczęcia. Zatem niewłaściwa decyzja rodzicow przed poczęciem dziecka może skrzywdzić dziecko juz od pierwszych chwil jego życia.
                      Jak w tym przykładzie z Czarnobylem: gdyby ta osoba odczekała np. rok, nikogo by nie skrzywdziła. Natomiast gdyby skażenie okazało się dużo bardziej szkodliwe, niż było w rzeczywistości, czego w pierwszych tygodniach po awarii nie można było stwierdzić, decyzja o poczęciu dziecka już, natychmiast, mogłaby to dziecko skrzywdzic bardzo.


                      Posiadanie dziecka "dla jego dobra" musi jednoczesnie zakladać, ze rodzice powi
                      > nni mu sprzątac pył spod nog. Bo jesli urodzilismy go tylko dla niego - to dzie
                      > cko nieszczęśliwe jest pomyłką.

                      Sprzątanie pyłu spod nóg dziecka wcale nie musi uczynic go szczęśliwym, z poprzednich moich postów wynika, że uważam, że mam raczej przeciwne zdanie. Dobro dziecka, o które powinni troszczyć się jego rodzice, to moim zdaniem wychowanie go w taki sposób, by dobrze je przygotować do życia. A to wcale nie oznacza sprzątania pyłu spod nóg, raczej wrecz przeciwnie. Rodzice powinni starać się wychować dziecko nie tak, by było szczęśliwe, czy raczej zadowolone, tu i teraz (chociaż nie jest źle, jeśli jest), ale tak, by mogło być szczęśliwe także wtedy, gdy rodzicow już np. nie będzie.
                      • verdana Re: pseudorodzice 23.12.10, 13:58
                        Absurdalny argument. Jesli człowiek zycje, to zazwyczaj nie chce umrzeć . jednak nie oznacza to, ze jest szczęśliwy. I co z dziećmi nieurodzonymi w małżeństwie - przecież posiadanie 2-3 dzieci, to zgodnie z Twoim rozumowaniem unieszczęśliwianie 17, ktorych kobieta w wieku rozrodczym nie urodzila. To znaczy, ze nie daliśmy im szansy i powinniśmy mieć ogromne wyrzuty sumienia?
                        Niezależnie, z jakiego powodu człowiek jest nieszczęśliwy - powolywanie go na swiat "dla jego dobra" nie uwzglednia tego elementu.
                        Myslę, ze "powstrzymanie się od urodzenia dziecka" , bo może być nieszczęśliwe oznacza, ze własciwie nikt dziecka mieć nie powinien. Bo za małe mieszkanie, za małe dochody, problemy rodzinne, choroba dziedziczna. I fakt, ze o czyms jeszcze nie wiemy, nie usprawiedliwia przy takich zalozeniach nikogo. W mojej rodzinie wystepują co najmniej dwie groźne dzsiedziczne choroby. decydujac się na dzieci o jednej wiedziałam, o drugiej nie. Licząć, ze dzieci rodze "dla ich dobra" rozsadnie byłoby, abym nie miała zadnego. Podobnie nikt chory nie poiwnien mieć dziecka.
                        Nie da się wychować "zadowolonego" człowieka, jako założenia.
                        Jakoś to eugeniką pachnie.
                        • srebrnarybka Re: pseudorodzice 23.12.10, 15:11
                          Absurdalny argument. Jesli człowiek zycje, to zazwyczaj nie chce umrzeć . jedna
                          > k nie oznacza to, ze jest szczęśliwy

                          Człowiek nieszczęśliwy może uważać, że warto żyć i że jego życie jest jakimś dobrem, mimo doznwanych nieszczęść. Sama napisałam o sobie, że uważam się za osobę nieszczęśliwą, ale istnieje wiele powodów, dla których uważam, że moje życie ma sens. Powodow pozytywnych. Po prostu zycie jest jednak piekne i dobre i generalnie warto żyć.

                          I co z dziećmi nieurodzonymi w małżeństwi
                          > e - przecież posiadanie 2-3 dzieci, to zgodnie z Twoim rozumowaniem unieszczęśl
                          > iwianie 17, ktorych kobieta w wieku rozrodczym nie urodzila. To znaczy, ze nie
                          > daliśmy im szansy i powinniśmy mieć ogromne wyrzuty sumienia?

                          Napisałam już w którymś z poprzednich postów, że istnieją tylko te dzieci, które zostały powołane na świat. Zatem nie ma żadnych 17 nieurodzonych dzieci.

                          Myslę, ze "powstrzymanie się od urodzenia dziecka" , bo może być nieszczęśliwe
                          > oznacza, ze własciwie nikt dziecka mieć nie powinien. Bo za małe mieszkanie, za
                          > małe dochody, problemy rodzinne, choroba dziedziczna. I fakt, ze o czyms jeszc
                          > ze nie wiemy, nie usprawiedliwia przy takich zalozeniach nikogo. W mojej rodzin
                          > ie wystepują co najmniej dwie groźne dzsiedziczne choroby. decydujac się na dzi
                          > eci o jednej wiedziałam, o drugiej nie. Licząć, ze dzieci rodze "dla ich dobra"
                          > rozsadnie byłoby, abym nie miała zadnego. Podobnie nikt chory nie poiwnien mie
                          > ć dziecka.

                          Nie jest tak, że nikt nie powinien mieć dziecka, bo nikt nie ma odpowiednich warunków. Natomiast uważam, że człowiek odpowiedzialny powołuje dzieci na świat nie dla własnej zachcianki, ale wtedy, gdy czuje się na siłach podjać obowiązek ich wychowania. Zatem podejmując decyzję o powolaniu na świat dziecka powinien chyba uwzględniać nie tylko to, czy ma akurat ochotę mieć małego dzidziusia, ale czy w danym momencie jest w stanie zaspokoić potrzeby tegoż dzidzisia, a nie tylko swoje własne potrzeby emocjonalne.
                          I np. w opisanym przeze mnie przykładzie dotyczącym Czarnobyla: uważam, że odłożenie przez tę osobę zajścia w ciążę o rok dałoboby szansę, że skażenie będzie już mniejsze i będzie jakaś pewniejsza i pełniejsza informacja na temat, czy skażenie w ogóle było groźne. Natomiast świadome powoływanie dziecka na świat w momencie katastrofy atomowej uważam za skrajną nieodpowiedzialność i igranie ze zdrowiem dziecka. Nie mogę uznać tego za przejaw miłości wobec tego dziecka, przykro mi.
                          Oczywiście wszystkich chorób i nieszczęść, które mogą dotknąć dziecko, przewidzieć się nie da. Ale skoro decydujemy się na planowanie rodziny i powołujemy dzieci do życia świadomie, a kobieta rodzi tylko kilkoro dzieci, a nie tyle, ile mogłaby miec, gdyby rodziła co roku, to nie tylko nie widzę nic nagannego, ale wręcz uważam za właściwe, uwzględnianie w decyzji o powołaniu dziecka na świat tych okoliczności, które mogą wpłynąć na jego dobro, a nie tylko tego, czy rodzice właśnie chcą mieć kolejnego dzidziusia.

                          Nie da się wychować "zadowolonego" człowieka, jako założenia.

                          nie i nigdzie tego nie postulowałam. Po prostu uważam, że wychowywanie dziecka powinno mieć na celu przygotowywanie go do życia możliwie szczęśliwego i sensownego, a nie przyjemność rodziców. Tyle tylko i aż tyle.

                          • verdana Re: pseudorodzice 23.12.10, 15:34
                            Jak to? Jesli decyduje się na nieistniejące dziecko dla "jego dobra" , nie dla swojego i narodzony cieszy sie zyciem, ktore mu ofiarowałam - tylko dla niego, nie dla siebie - to oznacza, ze nieofiarowanie tego życia jest złe. Jesli mam urodzić dziecko, bo jego życie jest dla niego "dobrem" - choc w żaden sposób onoe jeszcze nie istnieje, to nieofiarowanie wielu dzieciom takiego "dobra", na pewno jest niewlasciwe. Albo istnieje coś takiego, jak dobro nieistniejącego człowieka - i jest nim zycie, to nieofiarowanie go jest złe. Tu tkwi fundamentalny błąd Twojego rozumowania. Nie możqan ofiarowac "dobra", ani "zła", komuś kogo nie ma.
                            Prawdę mowiąc, oprócz wypadków patologicznych , ta "zachcianka" gwarantuje zazwyczaj możliwość normalnego wychowania w znacznie większym stopniu, niż wyrozumowane urodzenie dziecka, nie dlatego, ze się po prostu tego dziecka chce, tylko dla jakichkolwiek innych przyczyn. A dzieci epoki Czarnobyla nie chorują, czyli znajoma miała dobre wyczucie...
                            Wychowanie urodzonego dziecka tak, aby jemu bylo dobrze, a nie dla zadowolenia rodziców jest czymś zupełnie innym od rodzenia dziecka dla zadowolenia tego dziecka, a nie rodziców. Dziecko, ktore nie jest marzeniem rodziców jest po prostu dzieckiem niechcianym, a tu nie pomoze ani idealne zdrowie, ani warunki, ani pieniądze.
                            • srebrnarybka Re: pseudorodzice 23.12.10, 19:01
                              Jak to? Jesli decyduje się na nieistniejące dziecko dla "jego dobra" , nie dla
                              > swojego i narodzony cieszy sie zyciem, ktore mu ofiarowałam - tylko dla niego,
                              > nie dla siebie - to oznacza, ze nieofiarowanie tego życia jest złe. Jesli mam u
                              > rodzić dziecko, bo jego życie jest dla niego "dobrem" - choc w żaden sposób ono
                              > e jeszcze nie istnieje, to nieofiarowanie wielu dzieciom takiego "dobra", na pe
                              > wno jest niewlasciwe. Albo istnieje coś takiego, jak dobro nieistniejącego czło
                              > wieka - i jest nim zycie, to nieofiarowanie go jest złe. Tu tkwi fundamentalny
                              > błąd Twojego rozumowania. Nie możqan ofiarowac "dobra", ani "zła", komuś kogo n
                              > ie ma.

                              Cały czas się nie rozumiemy. Dziecko przed powołaniem go do życia oczywiście nie istnieje, więc niepowołanie go do życia nie jest dla niego krzywdą, bo nie można skrzywdzić kogoś, kogo nie ma. Natomiast dla dziecka, które już zaistnieje, nie jest obojętne, czy rodzice powołali je do życia myśląc wyłącznie o zaspokojeniu własnych potrzeb emocjonalnych, czy też podejmujac zadanie troszczenia się o jego dobro poprzez możliwie najlepsze przygotowanie go do życia. Natomiast marzenia rodziców są dziecku całkowicie obojętne, bo to są marzeni rodziców, a nie jego.

                              Prawdę mowiąc, oprócz wypadków patologicznych , ta "zachcianka" gwarantuje zazw
                              > yczaj możliwość normalnego wychowania w znacznie większym stopniu, niż wyrozumo
                              > wane urodzenie dziecka, nie dlatego, ze się po prostu tego dziecka chce, tylko
                              > dla jakichkolwiek innych przyczyn.

                              Zależy, dla jakich przyczyn. Prawdopodobnie dziecko, którego rodzice "po prostu chcą", ma szanse na lepsze życie, niż dziecko powołane do życia dlatego, by dostać becikowe, by uratować małżeństwo przed rozpadem, by dostać spadek, by mieć więcej dzieci, niz superkatolicka siostra i udowodnić jej, że się jest większą katoliczką (znam taki przypadek) etc. etc. Natomiast mam pytanie, co to znaczy, że rodzice dziecko "po prostu" chcą. Zapewne większość ludzi nad tym się tak głeboko nie zastanawia i zapewne większość ludzi chce, żeby ich dzieci były mozliwie najszczęśliwsze i chce najlepiej ich do tego przygotować, czyli spełnia ten warunek, o którym piszę. Wprost nie chce mi sie wierzyć, zeby ludzie o tym nie myśleli.
                              Natomiast często spotykana motywacja typu: chcę mieć dziewczynkę, bo dziewczynki są takie słodkie, chcę mieć córkę, bo córki nawet dorosłe utrzymują silniejszą więź z matką, niż synowie, mam już dwóch synów, to chcę mieć córeczkę do kompletu, etc. etc. nie wydaje mi się żadna gwarancja "lepszego życia". Bo to oznacza, żę dziecko chce się nie po to, by jemu było dobrze, tylko po to, by sobie zrobić dobrze.

                              Co do Czarnobyla - dziś wiemy, że dzieci nie chorują i zagrożenie było znikome. Wtedy panowało powszechne przekonanie, że wszystkim nam groża choroby. Powoływanie na świat dziecka w warunkach, w których istniało uzasadnione przekonanie, że będzie cieżko chore, w sytuacji, gdy miało sie już troje dzieci i gdy można bylo z tym czwartym poczekać np. z rok, by zorientować się, co się dzieje, wydaje mi się nadal ogromną nieodpowiedzialnością.

                              Wychowanie urodzonego dziecka tak, aby jemu bylo dobrze, a nie dla zadowolenia
                              > rodziców jest czymś zupełnie innym od rodzenia dziecka dla zadowolenia tego dzi
                              > ecka, a nie rodziców.

                              Moim zdaniem jest to niemożliwe, jeśli rodzice z góry powołują dziecko na świat po to, by spełnić swoją zachciankę, a nie po to, by wychowac dziecko tak, by jemu było dobrze.
                    • morekac Re: pseudorodzice 23.12.10, 17:15
                      Zasadniczo to ludzie rozmnażają się dla dobra swoich genów...
                      • verdana Re: pseudorodzice 23.12.10, 17:27
                        Niewątpliwie - głównym winowajcą jest instynktsmile
                  • srebrnarybka Re: pseudorodzice 23.12.10, 13:26
                    Jak można czynić dobro komuś kto nie istnieje?
                    >
                    Dokładnie tak samo, jak można kogoś, kto jeszcze nie istnieje, obarczyć zadaniem spełnienia marzeń rodzicow. Chodzi mi o intencję, z jaką podejmuje się decyzję urodzenia dziecka: czy robi się to licząc wyłącznie na swoje dobro, czy też pragnąc powołać na świat dziecko po to, by to jemu było w przyszłości dobrze.
                    • joa66 Re: pseudorodzice 23.12.10, 13:36
                      hmmm..obserwując świat , nie wiem czy można powoływać kogoś do życia z góry wiedząc, że dobrze nie jest.

                      Dobro dziecka powinno być nadrządne kiedy ono już jest.

                      Natomiast nie powołujemy dzieci do życia dla ich dobra!

                      • srebrnarybka Re: pseudorodzice 23.12.10, 13:49
                        Dobro dziecka powinno być nadrządne kiedy ono już jest.[/b]
                        >
                        > Natomiast nie powołujemy dzieci do życia dla ich dobra!

                        Sorry, ale dla mnie to sprzeczność.
                        • verdana Re: pseudorodzice 23.12.10, 14:00
                          Jak sprzeczność? Moich 17 dzieci nie zostało powolanych do życia - i co? Mam martwić się ich niezrealizowanym życiem? Mam teraz urodzic dziecko "dla jego dobra"?
                      • verdana Re: pseudorodzice 23.12.10, 13:51
                        Srebrnarybko, w takim razie rodzenie chorych dzieci powinno być zakazane. Rodzic, decydujący się na to, zeby urodzić dziecko skazane na cierpienie - powinien być pietnowany - skoro dziecko jest powolywane tylko dla jego dobra, to w tym wypadku jest to działanie co najmniej absurdalne.
                        Nie istnieje dobro - obiektywne dobro - osoby, ktora nie istnieje. Rodzice, ktorzy decydują sie na dziecko "dla dobra tego dziecka" predzej obarczą je zadaniem ponad siły - skoro wszystko jest tylko dla niego, oni zrobili to nie dlatego,z e chcieli, ale ze mieli na myśli tylko dobro dziecka - powinno być im zatem wdzieczne, czyż nie? Nie mowiąc już o tym, ze dla cudzego dobra robi się wiele rzeczy, na ktore się wcale nie ma ochoty. Wygląda na to, ze powołanie dziecka na świat w takim wypadku moze wcale nie sprawić rodzicom radosci, jego wychowanie jest poswięceniem dla dobra dziecka, a nie spelnieniem własnych marzeń.
                        Myslę, ze to doskonały przepis na to, aby dziecko miało wlasnie być zmuszane do dziękowania rodzicom za wychowanie (slusznie, oni nie chcieli sami z siebie, zrobili to tylko dla niego) i być obiektem wymagań - przecież po to rodzi się dziecko, aby bylo szczęśliwe. jesli ma nieudane życie, to oznacza, ze nie spełnilo planów rodzicielskich.\\
                        No i naprawdę, nie jest na świecie tak idealnie, aby rozsadny człowiek decydował sie na dzieci dla ich dobra. Dla dobra dzieci należaloby powstrzymać się od ich posiadania...
                        • srebrnarybka Re: pseudorodzice 23.12.10, 19:25
                          Srebrnarybko, w takim razie rodzenie chorych dzieci powinno być zakazane. Rodzi
                          > c, decydujący się na to, zeby urodzić dziecko skazane na cierpienie - powinien
                          > być pietnowany - skoro dziecko jest powolywane tylko dla jego dobra, to w tym w
                          > ypadku jest to działanie co najmniej absurdalne.

                          Nie zawsze chorobę można przewidzieć, a poza tym im prawo mniej ingeruje w ludzką rozrodczość, tym lepiej. Ale uważam, że np. moja pobożna znajoma, która dla zachcianki planowo zaszła w czwartą ciążę w dwa tygodnie po awarii w Czarnobylu powinna mieć pewne kłopoty z uzyskaniem rozgrzeszenia, bo moim zdaniem nie wolno w ten sposób igrać ze zdrowiem dziecka.

                          Nie istnieje dobro - obiektywne dobro - osoby, ktora nie istnieje.

                          Ale istnieje dobro dziecka, które istnieje. Moim zdaniem rodzice podejmujący świadomie decyzję o powołaniu na świat dziecka podejmują deklarację, że będą to czynic dla jego dobra.

                          Rodzice, kto
                          > rzy decydują sie na dziecko "dla dobra tego dziecka" predzej obarczą je zadanie
                          > m ponad siły - skoro wszystko jest tylko dla niego, oni zrobili to nie dlatego,
                          > z e chcieli, ale ze mieli na myśli tylko dobro dziecka - powinno być im zatem w
                          > dzieczne, czyż nie?

                          Wdzięczne im być nie powinno, ponieważ nie pytali dziecka o zdanie, czy chce istnieć, być ich dzieckiem i doznawać od nich dobra, a dziecko nie ma możliwości tego układu rodzicom wypowiedzieć. Nie można zadłużyć kogoś wbrew jego woli.
                          Natomiast z dwojga złego wolę wdzięczność wobec rodziców, niż bycie ich spelnionym marzeniem. Oczekiwanie wdzięczności wobec dziecka zakłada przynajmniej tyle, że uznaje się je za odrębną osobę, bo wdzięczności można oczekiwać tylko od odrębnej osoby, i że w dziecku jest coś jeszcze poza tą wdzięcznością, ma ono jeszcze jakąś część osoby. Poza tym zakres wdzięczności można jakoś wynegocjować, wdzięczność wobec rodziców "odrobić" i jeszcze jakiś kawałek własnego życia pozostanie. Dziecko, które jest spełnionym marzeniem rodziców, i to jest jedyną racją jego bytu, nie ma nic swojego i żyje tylko dla rodziców. To jest dopiero zadanie ponad siły.

                          Nie mowiąc już o tym, ze dla cudzego dobra robi się wiele r
                          > zeczy, na ktore się wcale nie ma ochoty.

                          I tego, jako dzieci, mamy prawo oczekiwać od rodziców, a jako rodzice mamy obowiązek czynić wobec własnych dzieci. Cóż, dziecko wychowywane w ten sposób, że rodzice robia z nim tylko to, co im sprawia przyjemność, chyba nie ma szans być szczęśliwe. No, chyba, że rodzice wmówią sobie, że sprawia im przyjemność przewijanie, wstawanie w nocy, ograniczenie życia towarzyskiego, ograniczenie zainteresowań i hobby, ograniczenie aspiracji zawodowych, ograniczenie wydatków, niekiedy narażenie zdrowia (jak matka chora na kregosłup musi dźwignąć dziecko albo zaniedbuje wlasna czasochłonna terapię, bo nie ma czasu chodzic na rehabilitację czy basen), bawienie się z dzieckiem w gry planszowe, prasowanie i pranie dodatkowych ubrań, chodzenie na wywiadówki, odrabianie lekcji z dzieckiem (nie polecam, uważam, że ogłupia dziecko, ale większosc to robi), chodzenie z dzieckiem do lekarza, chodzenie z dzieckiem na spacery i na plac zabaw (codziennie, nie tam od czasu do czasu), czytanie bajek na dobranoc i inne czynności okołodziecięce. Wmówić sobie mozna, tylko, że to kiedyś wybuchnie i uderzy rykoszetem w dziecko.

                          Wygląda na to, ze powołanie dziecka na
                          > świat w takim wypadku moze wcale nie sprawić rodzicom radosci, jego wychowanie
                          > jest poswięceniem dla dobra dziecka, a nie spelnieniem własnych marzeń.

                          Jako dziecku było mi wszystko jedno.


                          Myslę, ze to doskonały przepis na to, aby dziecko miało wlasnie być zmuszane do
                          > dziękowania rodzicom za wychowanie (slusznie, oni nie chcieli sami z siebie, z
                          > robili to tylko dla niego)

                          Już napisałam, że nie, bo dziecka nikt nie pytał, czy chce być dłużnikiem rodziców.

                          Myslę, ze to doskonały przepis na to, aby dziecko miało wlasnie być zmuszane do
                          > ... i być obiektem wymagań - przecież po to rodzi się dz
                          > iecko, aby bylo szczęśliwe. jesli ma nieudane życie, to oznacza, ze nie spełnil
                          > o planów rodzicielskich.\\

                          A jeśli dziecko miało być spełnieniem marzeń i jest inne, niż rodzice sobie wymarzyli, to nie jest obiektem wymagań?


                          • srebrnarybka Re: pseudorodzice P.S. 23.12.10, 19:38
                            Przy okazji: pisanie tego postu przerwał mi telefon mojej matki, mieszkającej w innym mieście, gdzie ja mieszkałam do matury. Do matki telefonowała policja, pytając ją, czy zna panią XYZ. To moja dawna koleżanka z duszpasterstwa akademickiego w mieście mojej młodości, starsza ode mnie o kilkanaście lat, ja chodziłam do tego duszpasterstwa jako licealistka, ona jako świeży mgr. Potem ja wyjechałam na studia do innego miasta i tam zostałam. Moja koleżanka była mocno spóźnionym dzieckiem bardzo starszych rodziców, i całe jej życie kręciło się wokół nich, nie wyszła za mąż, nie przeprowadziła się do własnego mieszkania w bloku, gdy je dostała, tylko mieszkała z rodzicami, potem już tylko z matką, w slumsie, parę lat przed emeryturą ponad 90letnia matka zaczeła jej ciosać kołki na głowie o to, że wychodzi do pracy, 2 czy 3 lata temu przeszła na emeryturę, matka bodaj 95letnia chorowała na raka płuc, jedyna rozrywką mojej koleżanki, która pielęgnowała matkę, były telefony ode mnie, cały czas bałam się, jak ona, kobieta ponad 60letnia, da sobie radę po śmierci matki. Matka zmarła na początku kwietnia, koleżanka musiała opuścić slums i wynieść się do swego mieszkania, nadal do niej telefonowalam i miałam nadzieję, że przeprowadzka pozwoli jej stanąć na nogi. Dzisiaj (pół roku po śmierci matki), ta 63 letnia kobieta zmarła na zawał. Nie miała bliskiej rodziny i policja przeszukiwała notes z adresami w jej mieszkaniu, szukając jakiegokolwiek kontaktu, kogoś, kto mógłby zająć sie pogrzebem. Tak trafili na nr telefonu mojej matki, bo mój miala pewnie zapisany pod imieniem i może nie bardzo wiedzieli, kto to, poza tym z innego miasta. Cóż, matka mojej znajomej miała z pewnością bardzo bliski kontakt z córką, pociechę z niej do końca życia, dużo radości i z pewnością córka spełnila marzenia matki. Tylko Boże uchowaj nas przed takimi matkami. Niestety to już drugi taki znany mi wypadek, 5 lat temu pochowałam 50letnią koleżankę, która popełniła samobójstwo po śmierci 94 letniej matki, mimo, że miała kochającego męża i ciekawą pracę. Cóż, obie matki miały takie córki, że chyba lepiej nie mogły sobie wymarzyć. Przykro mi, ale dalej będę Kassandrą.
                            • verdana Re: pseudorodzice P.S. 23.12.10, 19:51
                              Tak, sprawia mi przyjemność ograniczenie zycia towarzyskiego i zawodowego, niemożność wyjazdów, drastyczne ograniczenie pieniędzy na to, co mi jest potrzebne, niemożność zagranicznych podróży. Nie wmawiam tego sobie. Jeśli chcę jedno - dziecko - to dla tego, co chcę bardziej rezygnuję z tego, czego chcę mniej. rezygnuję absoltutnie nie dla dziecka, tylko dlatego, że wole nie moc zwiedzać świata, żyć na znacznie niższym poziomie, nie mieć czasu na pewne zajęcia, zeby mieć dziecko.
                              Nie wyobrażam sobie, abym była zadowolona z takiego życia przyjmując, ze rezygnuje z tego wszystkiego nie dlatego, że wolę mieć dziecko, tylko dla dziecka. Nie wpadloby mi do glowy, aby rezygnować z wielu życiowych przyjemności dla dobra kogoś, kogo jeszcze nie znam, dlatego, zeby jemu bylo dobrze.
                              Cóż, jeśli wszystko w zyciu poswięca się dla cudzego dobra, to efekt moze być własnie taki - ze się od tego człowieka oczekuje rewanzu i spełniania wymagań. Ja tam mam dzieci, zeby mieć przyjemność z ich wychowywania, dlatego, zę chciałam je mieć i ich posiadanie było marzeniem. Nie oczekuję zatem, za spełnianie własnych zachcianek i realizacji wlasnych pragnień - a nie "pracy dla dobra dziecka" , aby dzieci musialy mi się za coś odwdzieczać. A rodzicom, ktorzy czują, ze tracą wiele, bo musza dobrze wychować dziecko i dac mu dobre życie - chyba jednak zalezy na rewanzu. Skoro wychowanie było dla nich pasmem wyrzeczeń, a nie po prostu radością.
                              • joa66 Re: pseudorodzice P.S. 23.12.10, 20:45
                                srebrnarybko - problemem nie jest chyba to dla czyjego dobra robimy pewne rzeczy - dla własnego czy dla dobra dziecka. To bardzo przyjemne dyskusje, ale nie wnoszące wiele do głownego pytania tego tematu.

                                Problemem jest to jak to dobro definiujemy. I tu ważne jest to, przynajmniej na poziomie praktycznym, na ile jesteśmy otwarci, żeby przyjąć obce racje, zrozumieć inny punkt widzenia, a na ile jesteśmy sztywni w naszych sądach, autorytarni, głusi, króko mówiąc.
                                • srebrnarybka Re: pseudorodzice P.S. 23.12.10, 21:34
                                  srebrnarybko - problemem nie jest chyba to dla czyjego dobra robimy pewne rzecz
                                  > y - dla własnego czy dla dobra dziecka. To bardzo przyjemne dyskusje, ale nie w
                                  > noszące wiele do głownego pytania tego tematu.
                                  >
                                  > Problemem jest to jak to dobro definiujemy. I tu ważne jest to, przynajmniej na
                                  > poziomie praktycznym, na ile jesteśmy otwarci, żeby przyjąć obce racje, zrozum
                                  > ieć inny punkt widzenia, a na ile jesteśmy sztywni w naszych sądach, autorytar
                                  > ni, głusi, króko mówiąc.

                                  Do pewnego stopnia masz rację, bo zaborczy rodzice często twierdzą, że im przecież chodzi tylko o dobro dziecka. Moja polemika miała na celu wykazanie, że to, co rodzice nazywaja czesto dobrem dziecka, w istocie jest dobrem rodziców.
                                  • joa66 Re: pseudorodzice P.S. 23.12.10, 21:55
                                    że to, co rodzice nazywaja czesto dobrem dziecka, w istocie jest dobrem rodziców.

                                    Tak naprawdę zaborczość rodziców nie jest dobrem nawet dla nich. Co najwyżej daje im chwilowe poczucie bezpieczeństwa.

                                    A wracajać do wpisu autora....zastanawiam się jak będzie wychowywał swoje dzieci..czy lęk przed tym, że popełni błędy (prawdziwe lub nie) swoich rodziców nie spowoduje, że popełni błędy inne....i kiedyś jego dziecko nazwie go "pseudorodzicem"...
                                    • joa66 Re: pseudorodzice P.S. 23.12.10, 21:59
                                      Za wcześnie mi sie wysłałosmile

                                      Wyobrażam sobie, że rodzice (rodzic) takiego Leona czuli się kiedyś , jako dzieci, pozostawieni sami sobie, niezaopiekowani, nie czuli wsparcia rodziców , nawet w postaci tzw dobrych rad.

                                      I postanowili sobie, że kiedy oni będą mieli dziecko to porządnie się nim zajmą....not się zajęli.

                                      I tak świat się kręci....
                                      • srebrnarybka Re: pseudorodzice P.S. 23.12.10, 22:14
                                        Niestety jestem większą pesymistką. Myślę, że rodzice Leona nie próbują rekompensować mu tego, czego sami nie mieli, tylko po prostu zaspokajają swoje potrzeby emocjonalne, udając przed sobą, że szlachetnie poświęcają się dla dziecka.
                                        Znam dość dobrze ten ból. Pamiętam np., jak po śmierci babci, którą moja matka bardzo przeżyła, mając 7 lat zaczęłam odczuwać lęki nocne. Miesiąc po pogrzebie w na wycieczce w muzeum archeologicznym zobaczyłam szkielet i wytłumaczono mi, że człowiek po śmierci się rozkłada. Wcześniej tego nie wiedziałam i wyobrażałam sobie, co teraz dzieje się z moją ukochana babcią, na której grób chodziło się co tydzień ... No, a potem jeszcze ojciec dołożył na Boże Narodzenie bajkę o Herodzie i śmierci. W efekcie w nocy zaczęłam bać się śmiertelnie, i nie potrafiłam wytrzymać inaczej, niż śpiąc w jednym łóżku z matką i to przy zapalonym świetle, bo w ciemności balam się nawet matki, sądząc, że to szkielet. Nawet przy tym zapalonym świetle i przytulona do matki bałam się śmiertelnie i bardzo, bardzo cierpiałam. I moja matka "poświęcała" się przez rok śpiąc ze mną (jak zasypialam, gasiła lampę, więc wyspać się mogła) zamiast zaprowadzić mnie do jakiegoś psychologa i popracować nad rozproszeniem tych lęków. Przecież ja cierpiałam straszliwie. Ale cóż, moja matka była zadowolona, bo po śmierci własnej matki też cierpiała, więc miała w łóżku żywą przytulankę, co jej robiło dobrze (ojciec nigdy nie byl dla matki wsparciem psychicznym), a zarazem mogła przedstawić się jako wspaniała matka, ktora aż tyle robi dla dziecka. A można było znacznie mniej i znacznie skuteczniej, ale wtedy trzeba byloby juz samej zmagać się z wlasnym problemem.
                                        Pamiętam też, kiedy miałam 11 lat i matka, obawiając się, niesłusznie zresztą, że ma raka, powiedziała mi, że musi zrobić jakieś badania, bo prawdopodobnie jest chora na to, na co zmarła babcia i ja zacząłam wyć "Mamo, nie możesz umrzeć etc.!!!", matka przytuliła mnie i pamiętam tę jej wielką satysfakcję. Po prostu jej była ta scena potrzebna, bo ona sie bała i to, co zrobiła, zrobiła, by sama siebie pocieszyć. Ale cóz, jej nie chodziło o moje dobro, tylko o pociechę ze mnie. Wiec ją sobie wygenerowała.
                              • srebrnarybka Re: pseudorodzice P.S. 23.12.10, 21:31
                                Jeśli chcę jedno - d
                                > ziecko - to dla tego, co chcę bardziej rezygnuję z tego, czego chcę mniej.

                                To oczywiste. Całe życie dokonujemy takich wyborów. Ale jeżeli z czegoś rezygnujemy w imię czegoś dla nas ważniejszego, to nie nazywajmy rezygnacji przyjemnością. Rezygnacja to rezygnacja, a nie przyjemność sama w sobie, i nie ma powodu tego ukrywać przed sobą. Sama zresztą piszesz dalej, że rezygnujesz z wielu życiowych przyjemności (Ni
                                > e wpadloby mi do glowy, aby rezygnować z wielu życiowych przyjemności dla dobra
                                > kogoś, kogo jeszcze nie znam, dlatego, zeby jemu bylo dobrze etc.).

                                Nie wyobrażam sobie, abym była zadowolona z takiego życia przyjmując, ze rezygn
                                > uje z tego wszystkiego nie dlatego, że wolę mieć dziecko, tylko dla dziecka. Ni
                                > e wpadloby mi do glowy, aby rezygnować z wielu życiowych przyjemności dla dobra
                                > kogoś, kogo jeszcze nie znam, dlatego, zeby jemu bylo dobrze.

                                Cóż, w życiu nieraz rezygnujemy z różnych rzeczy nie tylko dla kogoś, kogo nie znamy, ale nawet dla czegoś, jak np. abstrakcyjnego sumienia, narodu, dobra nauki, wspólnoty sąsiedzkiej, parafii, ogólnej uczciwości, itp. Natomiast dziecko ma nad tymi abstrakcyjnymi obiektami, dla ktorych sie rezygnuje, tę kapitalną przewagę, że krotko po podjeciu decyzji zaczynamy je poznawać i kochać i stąd motywacja do rezygnowania z innych rzeczy dla jego dobra staje się coraz silniejsza. Ale tak czy owak nie zmienia to faktu, że wszelkie działania podejmowane wokół dziecka powinny slużyć jego dobru, a nie dobru rodziców.
                                No i jeszcze jedno - jako dziecku było mi doprawdy obojętne, czy moi rodzice są zadowoleni z tego, że nie mogą pójść do teatru, bo nie mają mnie z kim zostawić, czy też nie są zadowoleni. Dla mnie było istotne to, żeby nie zostać samej w domu. Co wiecej - prawdę powiedziawszy do białej gorączki doprowadzały mnie opowieści mojego ojca o tym, jak to uwielbiał mnie przewijać. Bo trącą hipokryzją, zwyczajnie nie wierzę, by to lubił, a opowiadał mi to własnie dlatego, że oczekiwał wdzięczności - tego mianowicie, że ja się wzruszę, że on mnie tak kocha, że uwielbiał babrać się w moim g... Doprawdy wolę, jak moja matka nie ukrywa, że opieka nade mną, jako niemowleciem, byla dla niej uciążliwa. Nie czuję się tym zażenowana, bo nie czuję się odpowiedzialna za swoje czyny w niemowlectwie i na świat się nie prosiłam, nie czuję także powodów do wdzięczności, bo rodzice mnie nie pytali przed urodzeniem, czy chcę od nich doznawać dobra, ale wiem, że opieka nad niemowlęciem jest uciążliwa i cieszę się, że matka mnie nie okłamuje opowiadając takie kocopoły, jak ojciec.

                                Cóż, jeśli wszystko w zyciu poswięca się dla cudzego dobra, to efekt moze być w
                                > łasnie taki - ze się od tego człowieka oczekuje rewanzu i spełniania wymagań.

                                Czy Ty doprawdy nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, że można w życiu robić coś dla cudzego dobra nie oczekując rewanżu? Poza tym, jeśli oczekuje się rewanżu, nie ma mowy o poświęceniu, tylko jest transakcja handlowa.

                                Poza tym cóż: marzyłaś o wychowaniu dziecka, wyobrażając sobie dziecko przeciętne, czyli zdrowe, prawidłowo się rozwijające etc., założyłaś sobie, że dla jego wychowania zrezygnujesz z tego i tamtego, bo to dla Ciebie mniej wazne. I oto np. rodzi się dziecko chore (nie życzę oczywiscie) albo w ciągu życia dotyka je jakies nieszczęscie wymagające od Ciebie znacznie większego wysiłku i jeszcze większej rezygnacji. I co, marzenie pryska, czy podejmiesz ten zwiekszony trud?

                                Ale to nie najistotniejsze, po prostu nie zmienię zdania, ze traktowanie wychowania dziecka jako spelnienia marzeń sprawia, że całe jego życie jest w tym wypadku jedna wielką wdzięcznoscią dla rodziców.
        • pam_71 Re: pseudorodzice 22.12.10, 15:25
          Leonie wink
          Rozumiem i łacze się w bólu .... choc ja już dobrych kilkanaście lat temu spadłam z piedestału hihi ... dupa poobijana - ale dusza jakby wolniejsza ;-p
          Pozdr

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka