Tytuł wątku może od czapy,
ale chciałabym pozbierać trochę pomysłów, jak sensownie postępować z 4,5-latką, która jakos tak niepostrzeżenie z wrażliwej, żywiołowej dziewczynki przedzierzgnęła się w ciągu ostatnich miesięcy w szefa - zamordystę.
Repertuar zachowań w sumie typowy: wyrywanie zabawek, stawianie na swoim, rozkazywanie innym, tych, co nie chcą się podporządkować - wyzywanie, ustalanie wlasnych reguł zabaw i awantura przy próbie ich zmiany.
Większość tych sytuacji ma miejsce w przedszkolu. Niestety młoda rządzi no wlasnie - konfliktogennie. Nie na zasadzie "naturalny przywódca", tylko gdy wejdzie w jakąś grupę, to za chwile jest kłótnia ze wszystkimi, bo młoda pozabiera, powyrywa, a jak nie uda jej się wyrwać, to zrobi awanturę.
Gdy wychowawczyni opowiadala mi o tych zachowaniach myslalam "No cóż, dzień jak codzień, wyrośnie, to się uspołeczni", ale w sobote byłam z córka na proszonych urodzinach u koleżanki z przedszkola i przez 6 godzin oglądałam taką jazdę, jakiej nigdy u swojego dziecka ukochanego nie widzialam. Łącznie z wyrwaniem i zniszczeniem prezentu tej dziewczynki, bo akurat "JA CHĘ TO MIEĆ, MI TO PASUJE, TO RÓŻOWE!". Zabrala tamtej dziewczynce buty i wcisnęła się w 3 nry za małe "BO JA CHCE TAKIE BŁYSZCZACE!", wyrywała zabawki. Dzieci nie chciały się z nia bawić, wiec zeby zwrócic na siebie uwage zaczela pokazywac wszystkim tyłek, to tylko niektóre przykłady.
Kuurcze ..
To, co przychodzi mi do głowy, jako rodzicowi to:
- rozmawiać (choć trochę mam mieszane uczucia, żeby rozmawianie nie zamieniło się w tokowanie dziecku i ględzenie)
- opowiadać bajki (z tezą

- terapeutyczne
- dawać przykład wlasny - tak po ludzku, w rodzinie.
Tyle, że mam wrażenie, że dokladnie to wszystko w domu robimy, od, chwalić Boga, 4,5 roku, a tu taki zonk.
Co jeszcze jeszcze można zrobić, żeby młoda trochę mniej lękowo wchodziła w grupę i nie zawlaszczala wszystkiego, tylko czula się pewnie i bezpiecznie tak, jak jest, bez układania najpierw świata po swojemu..?